Zabrawszy więc węzełki swoje, pożegnawszy matkę i ojca, powlókł się do kredensu i stanął pod rozkazy starego wąsatego Matyasza, który władał przedpokojem. Ciężka to była próba i nie wiem czy kołkowi w płocie czy jemu w kredensie gorzej było.

Na wsi biedak miał jeszcze trochę swobody, rodzice oszczędzali mu trudu i przymusu, w polu na niebo patrzeć mógł i obracać się jak chciał i westchnąć całą piersią; tu i stać i chodzić i mówić i patrzeć na nowo go uczono a pierwszą zasadę Matyasza, który był wielce myślącym, stanowił aksjomat, że sługa nie jest człowiekiem.

Matiasz wcale nie był głupi, ale znajdował, że rozum w kredensie do niczego się nie zdał.

— Sługa — mawiał on — nie powinien nigdy myśleć, mieć zdania własnego i woli, fantazji żadnej, czułość nie potrzebna... czujny, baczny, słyszeć powinien tylko to co do niego mówią, a spełniać jak machinka co każą... Jak tylko sługa wdaje się w serce, przywiązanie, bierze na rozum a nie na ręce... na nic się nie zdał.

Pytają, odpowiadasz ściśle tyle ile musisz; ślą, idziesz, niepodobieństwa nie ma dla ciebie, czynność twoja nie twoja, spełniasz ją jak siekiera tnie drzewo... co ci że z niego krwawy sok się leje...

Ujrzawszy ledwie Sachara, stary Matyasz zawyrokował zaraz że na nic się nie zdał.

— Naprzód za stary — rzekł — żeby mógł przyjąć edukacją i nawyknąć do niemego i ślepego posłuszeństwa; powtóre grajek, a ile ich jest to wszystko pijacy i hultaje... nareszcie długo wałęsał się po świecie samopas, pewnie nic dobrego z wędrówki nie przyniósł...

Pomimo tych przedwczesnych o nim sądów, Sachar pozostał we dworze, i zaraz w dni parę gdy kilku mężczyzn przybyli w odwiedziny, pan Rogala kazał mu się popisywać ze skrzypcą.

Sacharowi krew tryskała do twarzy, gdy mu tak jak uczonemu pieskowi służyć kazano, zgrzytał zębami i wstrzęsał się, ale zaledwie dorwał się skrzypki na której w inne czasy Matyasz grywać nie dawał, już nie był panem siebie, i dźwięk jej przenosił go w inne światy.

Oddajmy tu sprawiedliwość razem grze Sachara i tym co go słuchali, że choć na nim żadnego tańca i nic wesołego wymódz nie było podobna, wszyscy się jakoś poznali, iż gra z serca, i poczuli że w tej pieśni jest życie i myśl jakaś. Wiedzieli nawet, iż w głębi jej była boleść, bo choć go zmuszano do wesołych przygrywek, zawsze w nich coś jęczało i odzywało się cierpieniem.