— Dziwna rzecz — mówił pan Rogala — gra ci mazura i ochoczo od ucha, a licho wie jak brzęczy w nim coś gdyby skarga i krzyk straszny... mnie po jego graniu zawsze jakbym z pogrzebu powrócił; i uważam że Dosia chodzi smutna, Adelaidzia także, nawet chłopcy pomywacze nosy spuszczają... osobliwszy człowiek i gra jakaś dziwna. A co najniepojętsze — dodawał — że choć cię prześwidrowywa na wylot, chce ci się słuchać, i tęskno ci i ciężko, a oderwać się nie można.... To djabeł nie człowiek!

— Żeby tak na mnie — szeptał Matyasz cicho — jabym jego puścił w świat, bo to gotowo jakiej biedy we dworze narobić... Nieprzytomny chodzi, nie rozumie co się do niego gada, nie boi się nikogo, łaj go ani drgnie, bij ani się ruszy, a w dodatku po cichu płacze... i wszystkie dziewczęta chodzą za nim jak za malowanym obrazkiem. Na co we dworze taki sługa! Uczciwy, to prawda — mówił Matyasz — ale co mi z tego, że on z dobrej woli poczciwy, kiedy ja kijem z każdego zrobię wzór cnoty i posłuszeństwa.

Służba zresztą we dworze dosyć była lekka, gawiedzi dosyć, a Sachara nikt nie prześladował, ale nosił suknię poddaństwa i żadnej dnia godziny nie miał dla siebie, a kroku bez pozwolenia stąpić nie mógł... Na skrzypcach nie wolno mu grać było, chyba kazano... a gdyby się i odezwał, głos ich zdradzał, że nie był zajęty i zaraz go ktoś do czego używał.

Wieczorami tylko czasem szedł biedak po cichu do sadu, pod ten płot, w którym wbity stał jego rówieśnik dębowy, i oparty oń, sam sobie śpiewał na skrzypeczce co serce mu kazało... Miejsce to, dosyć oddalone od dworu, osłonione drzewami, skryte, dozwalało mu się na czas jakiś ukryć przed oczyma. Ale powracającego stary Matyasz i gromił i wyśmiewał.

— Co tobie przyjdzie z tego piłowania — mawiał — czysty warjat... żeby ci jeszcze kto płacił, nie mówię, ale grać dla fantazji, dali-Bóg, niepojęty chłopiec!

Wszyscy go potroszę też mieli za półgłówka, a litość, jaką wzbudzał, nie szkodziła mu wcale.

Pan tylko znudził się i złą jego posługą i nieustannem graniem.

— Zawali-droga — mówił sobie — nie wiedzieć co z nim zrobić... czy to ja muzyki potrzebuję...

A wieczorami jednak zasłuchiwał się z daleka w grze jego i ramionami ruszając, gniewając się, gdy raz go schwyciła, już porzucić nie mógł.

Do chaty rzadko go wypuszczano, a tam matka biedaczka srodze za nim tęskniła. Nocą ledwie miał wolność dostać się na wieś do swoich i chwilę z niemi posiedzieć...