— Pytam się, czego ty u licha chcieć możesz? — mawiał kołek leszczynowy do dębowego sąsiada — zawsze jednak skończyć było potrzeba, czy od wichru, czy od żelaza, czy od ognia... Stoisz sobie w miejscu czystem, patrzysz na pole, chrust trochę boki ściska, ale wyschnie i upadnie, w ziemię jesteś wbity, ale leżąc byś zgnił... towarzyszów masz dosyć, pogadać z kim jest... czego dalej żądać? Nie grubiejesz i nie rośniesz, prawda! Ale małoż to kłopotu co wiosny puszczać te liście, które potem drwiąc z ciebie, same sobie żyją jak im przyjdzie do głowy i z lada wiatrem lecą? Prosisz słońca, pragniesz deszczu, boisz się wiatru, a tu niech się dzieje co chce... wszystko ci już jedno... nie masz nic do roboty, głowa cię o nieposłuszne gałęzie nie boli, odpoczywasz i marzysz...

Inne kołki, równie potulnej natury, znajdowały także, iż im tam wcale było nie źle.

— Gdyby nas wbito niedaleko folwarku — mówił osikowy — to wcale co innego; tam brudne hładysze wieszają ci na głowie, podlewają pomyjami i nie zaręczyć nigdy, żeby kucharz nie ciupnął co na podpałkę... ale tu... stój sobie cicho i Boga chwal... czego więcej potrzeba... Chrust gniecie... ale w lesie, nie jadłoż nas zielsko, nie porastały mchy, nie dziubały dzięcioły, nie świdrowały robaczki, nie obsiadały grzybki?! Wszędzie ta sama dola...

Pomimo tych pocieszających uwag, kołek nasz zawsze był smutny i zdawało mu się, że w lesie na pniu lepiejby było, choć inne życie, choć twardsze może, ale życie przecie...

Tymczasem i jemu i szeregowym, stojącym w rządzie a śpiewającym szczęście swe obecne, po krótkim przeciągu czasu rozmaite dolegliwości przytrafiać się zaczęły. Wprawdzie chrust obeschnął rychło i osunął się nieco a zwolnił ich z objęć swoich, ale inni nieprzyjaciele niespodziewani się zjawili; w dziurach płotu wróble zaczęli uściełać gniazda i nieproszone zapisywać sobie kwaterę. Ztąd niepokój nieustanny, krzyk, wrzawa i inne nieprzyjemności spadające na głowę...

Część tej bujnej bandy rozbójniczej latała wprawdzie po świecie, ale inni pilnowali gniazd i odprawiali czaty na wierzchołkach najwznioślejszych kołków, rządząc się w płocie jak w swoim... Z tego wynikło, że syn ekonoma, chłopak ciekawy, strzelać zaczął śrótem do stada i więcej kaleczył kołków niż ptaków... Nasz pacjent dostał po boku i kilka śrócin uwięzło mu pod korą...

A że, jak to i u nas wiadomo, jedna bieda nigdy nie dokuczy, za wróblami przyszły i inne plagi... Płot osłaniały drzewa wysokie, utrzymując w koło wilgoć i chłodek, okrywały go powoje, chmiel dziki i perestupy, obrastały pokrzywy, obejmowała zewsząd bujna roślinność. Do niej przyplątały się zaraz różnego rodzaju owady, pająki, muchy i innego rodu stworzenia, które w płocie schronienia szukały, kolebek dla dzieci i zimowych mieszkań. Wróblom to było bardzo na dzioby (boć nie na rękę), ale kołkom nie ze wszystkim; porobiono w nich dziury, jamki, otwory; woda zaczęła się przeciskać szukając sobie dróg do środka...

A myślicie naiwni i poczciwi ludzie, co ją w szklankach pijecie, że ona sobie niewinną i czystą jest kroplą rosy niebieskiej? Jako żywo! nie ma żywiołu, któryby tyle co ona śmierci zarodów miał w sobie.

Dla tego zapewne są ludzie, wyższym obdarzeni instynktem zachowawczym, którzy nigdy wody nie pijają, utrzymując że to tylko gęsiom przystało. I mają słuszność. Dość jest wziąć ową kroplę jak łzę nieczystą... i poddać ją badawczemu oku uczonego... Pokażą się w niej monstra najokropniejsze, najdziwniejsze potwory, wielorybów nasiona, pyły wężowe... żmije, gady i zarody wszelakiego stworzenia przedpotopowego, które później malało i drobniało, aż wreszcie stało się niedojrzaną istotką... Wszystko to zdrada, bo te małe niepostrzeżone potwory czekają tam tylko chwili sposobnej, aby na olbrzymów powyrastać i świat cały zjeść na śniadanie.

Oprócz tego woda, która ma posłannictwo niszczące, przynosi usłużne nasiona wszelkiego plugastwa z sobą, grzybków, robaczków, mchów, porostów i różnych egzystencyj niepoliczonych, o których się szlachcicowi ani śniło, boć ich heroldja nie potwierdziła.