Byle tam gdzie dojrzało nasionko jakiego proletarjusza tego rodzaju, jeśli za ciężkie, żeby go powietrze poniosło, które także sieje zniszczenie, woda, utrzymująca główną kantorę transportową na tym świecie, podejmuje się przenieść zarodek, gdzie jej każą...

Ma na to tysiączne sposoby... leje się rzekami, unosi się parą i spada deszczem na ziemię, wędruje w chmurach z miejsca na miejsce, piorun jej służy, błyskawice pomagają, słońce nawet mimowolnie należy do spisków, i koniec końcem gdzie chcą, doprowadzą posyłkę pewniej jak poczta nasza, choć może nie prędzej od niej.

Zarodek, gdy się poczuje w swojem miejscu, natychmiast się rozposaża, czepia, chwyta i rozpoczyna gospodarstwo... Takim sposobem do naszych kołków w płocie napłynęli wprędce nieproszeni goście, czerwona pleśń, siwy mech, porosty żółte, robaczków moc nieskończona i takie nawet istoty, na które nam braknie okularów i nazwiska.

Niczym świat nasz widomy obok tego niedojrzanego pandemonium, w którem miliony istot, wprawdzie niezbyt wykwintnem ale dobrem sobie życiem żyją... Naprzód, niezmiernie im mało do tego potrzeba; powtóre, mieniają się co mgnienie oka jedne z drugich powstając, a miejsca prawie jak żadnego nie zajmując i milion ich w setnej części kropli łzy ludzkiej wygodnie się obraca...

Nie zupełnie pewien jestem tego statystycznego rachunku, ale kiedy na ziemi zaludnienie mili kwadratowej środkowej Europy dotąd z pewnością oznaczonem nie zostało, nie możecie mieć do mnie żalu jeślim się i ja omylił.

Dosyć że tych stworzeń ćma jest i liczba niewyliczona... a rozmaitość taka, że tam ojciec do syna ani matka do córki nie podobni wcale (co i u nas się trafia) a często z wieloryba rodzi się wąż i z okrąglaka spiczaste potomstwo...

Szczęście to wielkie, że człowiek tego skrytego świata nie zna wcale i w tajemnicze urządzenie jego się nie wdaje, boby kropli wody nie wziął w usta i kawałka chleba nie spożył spokojnie. Z tych to istot niepostrzeżonych falangą przyszły na nasze kołki cierpienia niespodziewane... Z początku plamki się porobiły na korze jak gwiazdki malutkie, ale dalej, dalej jęły się szerzyć, rozrastać, grubieć i dogryzać do głębi. Mech wysysał soki, robak toczył miazgę, pleśń jadła korę, a gnilec od ziemi i nóg począł swoje dzieło zniszczenia.

I jak wszędzie tałałajstwo to uczepiło się chciwie naprzód najsłabszych kołków... na twarde czekając, żeby je sam czas rozmiękczył i przygotował do łatwiejszego strawienia.

Jedna wierzbina przyjęła w łono swoje wszystkich, ani się frasując, ani czując zagrożoną.

— A co mi tam — mówiła ruszając gałązkami zielonymi — zjedzą mi korę, odrośnie, stoczą liście, puszczę nowe, wyżrą miazgę, zbiorę się na inną... a żyć będę i muszę... Mało to moich krewnych ledwie się trzyma ziemi, popękane, pokrzywione, wyschłe a taki z wiosną puszczają!