Nasz dąbczak winien był nieugiętemu charakterowi swojemu, że do niego nic nie przystało: maleńkie porosty poczepiały się kory, ale na niej wyżyć nie umiały, parę robaczków zajrzały wewnątrz i cofnęły się, tak im tam wydało się twardo. Znać jak Niemcy przywykłe były do pierzyny.

Niewygodnym tylko bardzo stał się dlań chmiel, który od korzenia puściwszy, bo rósł tam od wieka, zarzucił mu przez głowę swój sznur zielony i począł go motać i oplatać serdecznie. Był to jednakże niby przyjaciel i takim się nazywał...

Chmiele i dęby zawsze rosły razem, i ten przypytał się zaraz do towarzystwa dąbczaka z wielką uprzejmością, a raz nań siadłszy, pod pozorem dawnych familijnych stosunków i znajomości, tak ciasno obmotał, że biednemu kołkowi na świat już ciężko było wejrzeć za jego szorstkiemi liśćmi.

Nie wchodzim w to, jakie były istotne uczucia chmielu, który, jak wiadomo, za starego uchodzi figlarza, i pieśni ludowe malują go nam jako bardzo niebezpieczną istotę; to pewna, że się przyznał powojom, z któremi niekiedy gawędził po nocach, że dębowy kołek jako silniejszą i pewniejszą podporę wybrał sobie, choć szczególnego doń nie miał zkądinąd nabożeństwa...

Jednakże przed dąbczakiem nie zeznał tych egoistycznych pobudek i zaklinał się, że jedynie przez pamięć na odwieczne ich rodzin stosunki, na miłość prastarą.... uczepił się do niego. Jakoż przywiązanie to wyraziło się w sposób gwałtowny i wcale dla kołka nieprzyjemny.... chmiel rzucił sąsiadów, wlazł mu na głowę i przysiągł, że go nie opuści...

Im bardziej go oplątywał, tem głośniej mówił, że go osłania, im ściskał mocniej, tym się serdeczniej zaklinał, że go na zimę od mrozu odzieje, im gęściej liśćmi zaciemniał, tym usilniej dowodził, że to go od gniazd i ptaszych obelg osłoni...

Niepodobna się więc nawet było gniewać na napastnika, który takiego przyjaciela udawał, a słodkiemi wyrazy durzył, bałamucił i przysięgał się, że gotów się cały dla nieszczęśliwego towarzysza poświęcić, choćby go to życie kosztować miało.

Dąbczak poddał się losowi i stał niemy.... wiedział dobrze co ta przyjaźń znaczy, słyszał jak chmiel w inny sposób, a temi samemi wyrazy przemawiał do kołków osikowych i leszczynowych, niekiedy nawet dając im do zrozumienia, że od dębowego więcej są warte... ale cóż było począć? znosił uściski, które zeń po troszę wypijały życia...

Rozdział siedmnasty. Zabłąkany znów autor prosi o cierpliwość czytelnika

Z drugim kołkiem naszym (bo tak mimowolnie chce się nam nazwać Sachara) nie lepiej było jak z tamtym... Stał w swoim płocie, bo ruszyć się nie mógł, ani umiał, i pleśniał i gnił powoli, a ludzie go jak ten chmiel przyjaźnią i nienawiścią oplątali.