Powoli oswojono się z nim i raz uznawszy nie spełna rozumu, obchodzili się jak z głuptaszkiem. Czasem w jego czarne zadumane oczy wbiegł zbłąkany wzrok kobiecy, szukając tam iskierki ognia pod popiołami i prędko wystraszony powracał, jak gosposia co po ogień wpadła do pustej chaty i zastała w niej trumnę tylko... Dziewczęta widziały że śliczny a obawiały się go jak upiora. Miał bowiem minę i milczenie i smutek tej istoty, co z drugiego świata wróciła za pokutę nie w swojem ciele błądzić po ziemi. Pokazywano go sobie zdala palcami, gdy szedł kołując ze spuszczoną głową, nigdy nie wiedząc co czyni i co go otacza.

Ale tak jakoś machinalnie nawykł wedle teorii Matyasza robić co mu kazano i obracać się nie swoją wolą, że choć myśl jego gdzieindziej wędrowała, on sam posłuszny słowu, robił co mu zadano...

We dworze pan go za to znosił, że nigdy nie gadał, pani może, iż jej oczów nie raził, bo był przystojny i miły, panna dla muzyki, którą lubiła; i nie było mu tak bardzo źle, ale to już jak owego kołka w płocie i życiem nazwać trudno.

Czuli wszyscy, że tak zmarnieje, zestarzeje się, zszarza i z tą skrzypką pójdzie kiedyś po żebraninie... on sam inaczej nie myślał, ani prządł pajęczyn nadziei, na które mu wątku nie stało.

Niekiedy dawano mu swobodę na dzień cały, państwo wyjeżdżali z domu, chłopak zostawał przy kredensie. Matyasz szedł w odwiedziny do znajomego szynkarza a Sachar otrzymywał pozwolenie błąkania się sobie po świecie... Więc brał skrzypkę pod pachę i po staremu ruszał w gaje i pola, aby gdzieś na zielonej mogile przysiąść i grać... biednym myszkom polnym i starym dębu gałęziom... Naówczas przypominały się młodsze jego lata, i nie wiedząc czego płakał po nich, płakał potem po dniach przebytych z mistrzem w miasteczku, i płakał jeszcze, nie wiedząc czego, aby sobie popłakać, bo mu się zawsze na łzy zbierało, a nie każdego dnia mógł im dozwolić płynąć.

Naówczas późno powracał, kładł się spać i śnił, że mu z nóg więzy spadły, że był swobodnym, że szedł w świat z podniesioną głową, a piosence jego ludzie się dziwowali...

Ot i nie wiem już wiele tak lat trwało; rachunku w pamiętnikach służących mi tu za materjał znaleźć nie mogę; dosyć, że we dworze znalazła się wzięta ze wsi sierotka, której wychowania podjęła się panna Adelaida.

Zdaje mi się, że szanowny a pełen domyślności czytelnik już musi oddawna niecierpliwie wyglądać tego zjawienia, które jego doświadczenie przeczuwać mu każe. Nawet historja kołka w płocie nie może się obejść bez heroiny, a choćby, mi znowu zadawać miano, że zawsze wybieram chłopkę, lub coś podobnego, za bohaterkę powieści, jest-że w mojej mocy zmienić twardą przeznaczenia wolę?

Sami powiedźcie, mogęż wprowadzić królewnę, księżniczkę, a przyzwoicieżby było, żebym go wplątał w romans ze szlachcianką i jakie, uchowaj Boże, wywołał zgorszenie?

Że się zaś zakochać musiał, sami widzicie, najobojętniejsi czytelnicy, nieuchronność.