Sachar uczuł się jakby przebudzonym ze snu ciężkiego nagle, jaśniej zrobiło mu się w oczach, lżej na sercu, był swobodny, bogaty i ludzie nic mu już zrobić nie mogli... stąpał jak król okolony poszanowaniem i miłością.

I prosto poszedł do swojej izdebki, zdjął skrzypkę ze ściany, nastroił nie pytając czy kto w nocy nie zbudzi się muzyką i począł grać i śpiewać wesołe pieśni, jakich jeszcze nie próbował nigdy...

Wszyscy spali, ale ta szalona muzyka pobudziła dwór cały; zbiegli się przestraszeni, otoczyli go kołem, chwytając, rwąc, usiłując wstrzymać i nie mogąc nic poradzić zapamiętałemu grajkowi. Zdawał się nie widzieć nikogo, nic nie czuć, a do przytomnych odzywał się dobrotliwie, łaskawie, ale z politowaniem uznanej wyższości.

Myślano z razu że się napił, choć nigdy się to nie trafiało... aż starszy Matyasz pierwszy wyrzekł: — Co wy chcecie od niego... on oszalał...

Sachar grał i grał... jakby mu pilno było wszystkie wesołe pieśni, których nigdy nie próbował, od razu wyśpiewać; z jednej wpadał w drugą i coraz silniejszemi dźwięki szalał niepohamowany.

Do koła łóżka, na którem siedział, oprócz sług stali już wszyscy panowie, Rogala, Rogalina, panna Adelajda, a z tyłu po za niemi czarne oko przerażonej Natalki śledziło każdy ruch nieszczęśliwego i łzy biegły po zbladłej jej twarzy...

On niektórym się uśmiechał, ale nie poznawał nikogo: między przeszłością a teraźniejszym dniem węzeł zerwany został tak nagle, że żadna nić nie łączyła już ich z sobą...

Nowy to był całkiem człowiek, tryumfujący, zwycięski, niedbający o to, co go przed chwilą ściskało, czujący się w duchu panem świata... wyższym nad ziemskie pęta i drobnostki, wiążące innych do lichego dnia dzisiejszego i niepewnego jutra.

W oczach jego błyskał ogień geniuszu jasny, a głowa długo zgięta pokornie, podnosiła się dumnie z białem czołem, uwieńczonem niewidomą koroną.

Przed nim stali ludzie, ale to był dwór króla-artysty, słuchacze — a w twarzach ich nie rozeznawał ani jednej, którejby mógł dać nazwisko... był to tłum, lud... nikogo znajomego, jakaś ciżba przywołana muzyką, przypuszczona łaskawie do napawania się u zdroju, której on dawał pić szczodrobliwie, z prawdziwie pańskim uśmiechem.