Trochę milczano; duchowni po sobie spojrzeli jakby się nie spodziewali odpowiedzi tak szczeréj, i ks. Janik Wrocławski odezwał się pierwszy.
— Powiedzieć co się pragnie, łatwa rzecz, ale spełnić często trudna. I Bóg i ludzie staną w poszanowaniu woli nieboszczyka; rzeki krwi się poleją, kraj opustoszeje, niewiadomo kto w końcu zwycięży, a kto padnie. To w mocy Bożéj. Wasza Miłość wezwiesz Ruś, bracia sobie pozwą Czechów i Węgrów może, zleje się obca moc na te ziemie i zniszczy je a kopytami zorzą. —
Gorzało lice księżnéj, która zawołała półgłosem. — Panować będziemy nad pustynią!
Władysław powtórzył te słowa — lecz trwożliwie.
Biskupi spoglądali po sobie, twarz ks. Jakóba ze Znina ani drgnęła, ni się zmieniła najmniéj.
— Mieć więc będziecie przeciwko sobie, odezwał się, nietylko braci i ich sprzymierzeńców, ale i nas Ojców swych duchownych, bo my dopuścić nie możemy krzywdy młodszego rodzeństwa. Jesteśmy jego opiekunami.
W tém książe Władysław, nie czekając podszeptu żony, sam z siebie się odezwał.
— Na życie ani na mienie braci nie godzę, chcę by mi byli podlegli i posłuszni, by stali podemną. Młodsi są i ojciec mi naznaczył władzę zwierzchnią nad niemi.
Arcybiskup przerwał.
— Nie oprą się pewnie gdy ich ku obronie powołasz, ale u siebie w domu panami są i zostaną niemi przy pomocy Bożéj.