Ściśniętą rękę wyciągnęła groźnie. Władysław padłszy znużony na ławę, zadumał się, ale i w nim uczucie się jakieś ozwało teraz.

— Tak — cofać się nie czas! Uczynię co postanowiono. — Co ma być będzie! Będzieli źle — jam nie winien. — Teraz już to musi być. — Groźbom uledz — srom... Będzie co ma być! powtórzył niespokojnie.

Agnieszka dodała gwałtownie

— Winę biorę na siebie! nie godziło się inaczéj, a nie — to lepiéj było precz ztąd iść odrazu. — Tak! tak!

Ruszyła się iść. —

— Dobek! za mną! dodała oglądając się.

Marszałek posłuszny stawił się i szedł za panią. — W wielkiéj izbie książe został sam. — Przed chwilą gwarna, stała teraz pustką, choć jeszcze w niéj zdawały się latać groźne słowa, błądzić widma tych ludzi co tu prosili i grozili panu. —

Z siedzenia arcybiskupa spadło było wezgłowie i leżało na ziemi, jakby on go tu więcéj zajmować już nie miał. Na krześle Agnieszki rozpostarta chusta, zgnieciona, zapomniana, walała się nosząc na sobie ślady namiętnych dłoni co ją w czasie posłuchania szarpały. Władysław powiódł oczyma po pustéj izbie. Nareście i on tu pozostać nie chciał, wstał i krokiem niepewnym skierował się ku izbom swoim. Za nim ciągnęli komornicy.

— Holsza! zawołał do Łowczego, który zawsze pogotowiu stał na uboczu, oczekując rozkazów.

Holsza? Co myślisz? rychłoli ziemia skostnieje i ponowa spadnie? jak ci się zda?