Łowczy przez okno wyjrzał trochę...

— Gdyby tak wedle znaków sądzić, rzekł, śnieg za pasem powinien być. — Lasy szarzeją, a na niebie chmury jak pełne wory ciężkie wiszą.

— Co z księżycem? spytał książe.

— Ku młodzikowi się zabiera! odparł Holsza.

— Gotujże psy i łowiectwo twoje dokończył książe, byle śnieg pruszyć począł — w drogę! Ho! Ho! pociągniemy daleko! pohulamy po lasach! Żywności wziąć dostatek, posiedzimy w puszczy bodaj miesiąc. — Tam! dobrze!!

Rozśmiał się weseléj. — O! tam dobrze!!

— Dobrze, miłościwy panie! potwierdził Holsza.

— Nieprawda? niema to jak las a bór! odezwał się Władysław swobodnie, ja wolę las niż dom, a zwierza niż ludzi! Ej! tam to życie! nieprawda Holsza?

— Prawda, miłościwy panie.

Uderzył go dłonią szeroką po nachylonych ramionach.