— Tam ja nie książe a król! mówił Władysław — tam my panami, Holsza? Pociągniemy puszczami daleko — daleko! póki puszcz nam stanie! Tylko paszy nabrać dużo dla koni i dla nas. — Jak ci się zda? będzieli zima tęga?

— Tak ludzie wróżą!

— A! niechby była tęga! mówił książe. Gdy błota staną, rzeki staną, stawy zmarzną jedź wówczas gdzie oczy poniosą! Nieprawda, Holsza?

— Prawda! miłościwy panie!

— A Załaj wylizał się czy nie? począł po chwili.

— Blizna jeszcze czerwona i liże ją dotąd, ale wprędce koniec będzie. Tylko włos na niéj nieurośnie rychło, rzekł Holsza, bo to dziczy kieł jad ma! ale pies dla tego chodzić będzie. —

— Pies z najlepszym nosem! mówił książe poważnie — złoty ma nos! A po nim szczenięta? hę! hodują się!!

— A jakże, miłościwy panie.

— Gdyby matka karmić nie chciała, choć im mamkę wziąć dodał książe — ażeby mi nie pozdychały!

— E! odezwał się śmiejąc poufale Holsza, juści dla szczeniąt mamki u Aarona kupować nie będziemy, choć on i takie niewolnice ma co za mamki służyć mogą!