— Patrzcie tylko abym ja wam téż czego nie utarł! zawołał burząc się Jaksa.

Helmut ręce rozstawiwszy hamował obu, widząc że się im oczy iskrzyły i pięści ściskały.

— Chodź się spróbój! krzyknął Arnulf — chodź!

— Ja na to nie pozwolę! przerwał Helmut — to jest mój stary towarzysz i druh — biorę się za niego.

— I obu was się nie zlęknę! zaryczał Arnulf zrywając się z ławy.

Świadkowie téj zwady, śmiejąc się, radzi uciesze, poczęli wołać. —

— Na podwórze! na podwórze!

Helmut pochwycił Jaksę pod rękę i wszyscy tłumnie, popychając się, tłocząc do drzwi wytoczyli gromadą w dziedziniec Zamkowy. Przede drzwiami księżnéj nie miejsce było do zapasów, poparli się daléj, gdzie za dworcem piaskiem wysypany plac widać było. Jaksa szedł tak zburzony że mu ręka na mieczu trzęsła się krwią miotana.

Niewiadomo do czegoby było przyszło z tych wyzywań, gdyby Helmut, który towarzysza nie opuszczał, niepoczął wołać.

— Na rękę się wyzywać na Zamku nie wolno! Chyba kto chce gardło dać! Z Dobkiem nie żarty.