— Moja jejmość! — zawołał — proszę jej, ale uspokójże to dziecko. Sama nie wie, czego desperuje; to do rozpaczy i mnie przywieść może. Ja... ja... nie mogę...
Przeszedł się ostrożnie po pokoju, spojrzał przez okno w ogród, bezmyślnie okręcił się kilka razy i jak winowajca wysunął nieznacznie.
W chwili, gdy wychodził, Natałka rzuciła się za nim z krzykiem, ale już go nie było; coraz szybszym krokiem wymknął się do stojącego powozu.
Dziewczę padło na kanapę; matka objęła ją rękami i szlochała z nią razem.
Po chwilce stara zerwała się, pięści ścisnęła, nic nie mówiąc, i pogroziła ku drzwiom. Natałka też podniosła głowę, z oczyma łzami zapalonemi. Dreszcz jakiś przebiegł ją, drgęła cała.
— Tu nie ma już co robić! — krzyknęła. W drogę! nad Dniepr! do domu! Ja tu chwili nie chcę pozostać, tu wszystko pali i boli.
I suknię poczęła drzeć na sobie, szmatami jej rzucając do koła.
— Koszuli zgrzebnej! siermięgi! — krzyczała, ciskając klejnotami i rozbijając je o ścianę. Matko, do domu, do domu! To był sen okropny, trzeba się obudzić!
Z rozrzuconemi włosami, na wpół rozebrana, upadła znowu na kanapę, krzyk jakiś przenikający, straszny, dobył się z jej piersi, ze śmiechem razem i z płaczem, łkanie i ryk dusiły ją.
Matka straciła przytomność i na ziemię się rzuciwszy, za nogi ją pochwyciła i poczęła zawodzić żałośnie, przywołując ją do życia.