Jerzemu oczy się zaświeciły.

— Szwentas! — zawołał — nim ta chwila nadejdzie, rób co chcesz, ja ujść muszę.

Nic nie mówiąc, zrezygnowany parobek się na ziemi położył, skurczył, ręce pod głowę zacisnął i westchnął głęboko.

— Słyszałeś? — powtórzył chłopak.

— Kunigasiku! — zamruczał Szwentas — ja to nawet słyszę, czego wy nie mówicie, a chcecie, bym puścił mimo to, co niepotrzebnie tak głośno wykrzykujecie? Szwentas stary zrobi, co może, a wy idźcie spać.

Nazajutrz do dnia100 parobka we dworze nie było, nie powrócił do obiadu, nie pokazał się do wieczora. Jerzy, jak tylko począć miało zmierzchać, puścił się ku miastu. Wymykał się on tam teraz niemal codziennie, tak aby u parkanu stanąć o zmroku. Baniuta prawie zawsze nań oczekiwała, czasem się zjawiał Rymos, a wówczas bezpieczniejsi się czuli, bo on straż sprawiał około furty...

W cichych rozmowach z dziewczyną Jerzy wszystko jej już wyspowiadał, co wiedział i myślał. Oboje z dziecinną zarozumiałością postanowili uciekać, a było im tym pilniej, że Baniuta ze łzami w oczach się uskarżała na zuchwałe obchodzenie się z sobą gości, od których Gmunda wcale jej bronić nie myślała, żalącą się łajała i groziła jej chłostą.

Jerzemu myśli najzuchwalsze przychodziły do głowy, jak by dziewczę ocalić? Własna ucieczka już nie obchodziła go tyle, co los niebieskookiej, złotowłosej Baniuty. Była to pierwsza w życiu jego namiętność, gwałtowna, nielicząca się z niczym. Samo przypuszczenie, iż mu ktoś mógł pochwycić ten skarb, do wściekłości go i szału pobudzało...

Szwentas się ociągał; gotów był go porzucić i sam z nią i Rymosem zbiec w lasy... a potem?? Sam on nie wiedział, co się stać mogło?

I tego wieczora, powróciwszy, Jerzy postanowił przynaglić Szwentasa, aby, bądź co bądź, dzień ucieczki naznaczył. Ale parobek wrócił znużony późno bardzo i na pierwsze słowo Kunigasa, położywszy palec na ustach, szepnął: