— Niezadługo...
Więcej powiedzieć nie chciał.
Parę dni znowu upłynęło. Jednego popołudnia, gdy we dworze oprócz starej Dietrichowej i sługi nikogo nie było, w dziedzińcu konno zjawił się Bernard, który, że pachołka z sobą nie miał, a ludzie wszyscy w polu na robocie byli, dowołać się nie mógł nawet, by mu kto konia potrzymał.
Stara Dietrichowa wyszła z lamentem i pokłonem, tłumacząc się, że w polu było co żyło, a młody Krzyżak i jego pachołek także gdzieś powędrowali.
Zmarszczył się Bernard.
Nie chciał już zsiadać nawet, znalazłszy baby same, i z konia wydał staruszce rozkaz, aby Jerzemu nazajutrz na Zamek wracać poleciła.
Zawrócił się i pojechał.
Jerzy, który właśnie drogą od miasta skradał się na folwark, poznawszy z dala Bernarda, musiał się w łozinach ukryć, aby uniknąć spotkania. Serce mu biło przeczuciem jakimś złowrogim. Pośpieszył co prędzej na folwark. Tu Dietrichowa, ledwie go ujrzawszy, wołać poczęła, aby się zbyć danego jej polecenia...
— Paniczyku — rzekła — przybył tu po was brat Bernard; jutro was na Zamek wołają.
Jutro! tak, jutro! niech mi tak Bóg i święta patronka Barbara pomogą. Tak mówił, słyszałam wyraźnie; nakazał, byście mu się jutro stawili...