Jerzy stał jak przybity; gniew mu sercem poruszał; to nastawanie staruszki drażniło go; odezwał się pół szydersko:

— Jutro? hę? a nie oznaczyłże pory?

— Nie, ale wyraźnie mówił, jutro, a twarz miał namarszczoną i posępną. Jutro więc, co prędzej, to lepiej...

— Zbyć byście nas chcieli! — dodał Jerzy.

Stara poruszyła ramionami.

— E! — rzekła — nie zaciężyliście nam bardzo. Co tam! Mało was tymi czasy koło domu widać było. Co za dziw? Długo takiej nie zażyjecie swobody, bo na Zamku więzienie...

— A! tak — zamruczał Jerzy.

Więc jutro — rzekł w duchu, wchodząc do swej izdebki... Rozpaczliwie załamał ręce... Szwentasa nie było jeszcze, przywlókł się późno. Temu już w dziedzińcu parobcy oznajmili, śmiejąc się, że się z nim jutro żegnać będą. Wieść rozeszła się była po folwarku i stary Litwin wiedział ze szczegółami o przybyciu i rozkazie Bernarda, gdy do izby Kunigasa wszedł smutny...

Nim on się odezwał, Szwentas ręką dał znać, iż nie potrzebuje być zawiadomionym.

Jerzy przypadł doń z rozpaczą. Parobek stał zasępiony, lecz ostygły.