— Pamiętaj! — mówił rozpłomieniony Kunigas...

Zapomnieli się w tym uścisku, gdy tuż spoza nich głos syczący, opryskliwy, gniewny, odezwał się, jak piorun spadając na nich...

— Do mnie! do mnie! łapać!... Knechta sobie sprowadziła wstydliwa dzieweczka, co się tak boi we dworze rycerstwu posługiwać!... Chwytać go i na Zamek!...

Baniuta odepchnęła Kunigasa i pierzchnęła w ogród; Jerzy, czując już, że go za płaszcz chwytano, z całej siły wyrwał się napadającym sługom, otrząsł od nich i twarz osłaniając, popędził ku wrotom, u których furta szczęściem stała otworem. Za sobą słyszał ścigających, kobiety krzyczące wniebogłosy i pachołków; coraz to koniec poły ktoś chwytał... ale Jerzy silny był i zręczny... W ulicy zwrócił się nagle i, nim goniący mieli czas rozpędzeni zmienić kierunek pogoni, uszedł w stronę przeciwną, chroniąc się za załom ogrodzenia... Trzy uliczki wąskie rozchodziły się do zabudowań przedmiejskich, ponad którymi świeżymi liśćmi okryte zwieszały się gałęzie czeremchy, dzikiego bzu, wiśni i brzóz. W pierwszą z nich puścił się Jerzy, rachując na to, że zniknie z oczu, nim się opatrzą, w którą uliczkę się puścił.

Pogoń czeladzi pani Gmundy nie ustawała, ale już Kunigas, płot przelazłszy, schronił się do ogrodu, przypadł i usłyszał, jak go pominęli ludzie, ze śmiechem i odgróżkami ścigający, jak złodzieja...

Dopiero gdy ucichły krzyki, chłopak podniósł się z ziemi, obejrzał się bacznie, odartego płaszcza poprawił i okrążając przedmieścia, poza nimi do Pynaufeldu pośpieszył.

Szedł jak pół żywy z boleści i troski nad Baniutą i nad sobą. Co ją tam od pani Gmundy, co jego na Zamku spotkać miało, jeżeli kto poznał i wydał jako zuchwałego napastnika?

VII

Malborski Zamek wcale teraz inaczej się przedstawiał przybywającym doń codziennie zbrojnym krzyżowcom, niż przed kilku tygodniami. Spokojne, smutne a posępne mury przybrały jakąś szatę świąteczną.

Starano się je dla cudzoziemców uczynić piękniejszymi, niż powszednich dni były. Murarze dali im świeżą powłokę, bramy świeciły wypolerowanymi gwoźdźmi i okuciem, gorsze i rozmiękłe ścieżki a drożyny pozarzucano kamieniami, wały, zmyte deszczem i powyrywane, pozasypywano i ubito. Na wieżycach, na Babiej i na Czarnej, powiewały chorągwie Wielkiego Mistrza i Zakonu.