Twarz biednego Kunigasa zdradzała niepokój i trwogę.

— Baniu! — zawołał — ja muszę na Zamek... dziś, zaraz! Nie mogę tam wrócić, nie zobaczywszy ciebie.

Trzymał ją, pochwyciwszy za rękę.

— Zamkną cię? — zapytała.

— Ale wyrwę się im i uciekać muszę. Bądź gotową! nie pójdę bez ciebie, nie porzucę cię w ich szponach.

Baniucie się oczki zaśmiały.

— Pamiętaj, Kunigasie! — rzekła cicho — a śpiesz się! Inaczej, przyjdziesz za późno i tylko trupa mojego znajdziesz gdzieś pod płotem. Oni mnie zgubić chcą; co dzień muszę się obraniać siłą i chytrością, a w końcu obojga nie stanie. Gdy zabraknie ich... mam trut-ziele, abym wstydu nie przeżyła.

Słuchając, Jerzy dyszał gniewem okrutnym i ręce jego, zapomniawszy się, dłoń dziewczęcia tak ściskały, jakby ją chciały zgnieść na miazgę. Baniuta z bólu pobladła...

Kunigas postrzegł teraz dopiero, że ukochaną męczył, choć usteczka jej jeszcze mu się uśmiechały. Puścił zbolałą rękę jej i, przyskoczywszy do milczącej dziewczyny, objął ją za szyję. Obie jej ręce zawisły na jego ramionach i gorące oddechy zlały się w pierwszym pocałunku...

— Pamiętaj! — szeptało dziewczę.