Jawnym już było ze składu Zakonu, czyją popierał sprawę w imię wiary i nawrócenia pogan.

Sala biesiadna, w której od rana krzątała się czeladź liczna, tak była przystrojoną, jak Zamek cały... Brakło tylko niewiast, aby za królewską ją wziąć było można. Siedzenia dokoła stołu na ławach z poręczami — okrywały poduszki miękkie, posadzkę wschodnie kobierce, stół bielizna bramowana szyciem... U ściany na dębowych policach rzeźbionych lśniły ogromne dzbany, misy misternie kute, kubki, którym złotnicy nadali kształty zwierząt fantastycznych. Od stropu do dołu cała część ściany zakrytą była nimi, zastawiona tak gęsto, że oko polic rozeznać nie mogło...

Na osobnym stole przygotowane miednice i nalewki brązowe, ręczniki szyte czekały na ręce, którym przed ucztą służyć miały do ablucji104.

Stolnik, podczaszowie, służba, obchodzili dokoła zastawione stoły, rozpatrując, gdzie czego brakło, co przystawić należało, czym przyozdobić jeszcze i zbogacić książęcy występ Zakonu.

Spodziewano się gości; niektórzy z nich już byli i po komnatach spoczywali, inni co chwila przybyć mieli, bo się już posłami zawczasu oznajmili.

Kilkodniowa uczta poprzedzić miała, wedle zwyczaju, wyprawę na pogan, rodzaj łowów wesołych, w których zwierzem był Prusak lub Litwin, czasem nawet ochrzczeni i dawno nawróceni Polacy. Nie bronił chrzest od krzyżackiego miecza, tylko słowo niemieckie i krew germańska.

Tym razem gośćmi Zakonu byli: Ludwik Margrabia Brandeburski, Filip Hrabia z Namur, Hrabia Henneberg, kilku Francuzów chciwych rycerskich zapasów, kilku Austriaków i jeden możny pan angielski. Zastęp ten, który już liczył dwieście najpiękniejszych hełmów, powiększał się jeszcze co dzień.

Każdy z tych dostojnych przybyszów prowadził z sobą garstkę szlachty, równie jak sam uzbrojonej i mężnej... Przeciwko poganom na pół nagim, zaledwie w jakiś oręż opatrzonym, żelazny rycerz z Zachodu stał za dziesięciu, był machiną i jakby ruchomą twierdzą, rozbijającą tłumy. Nie brały go strzały, o mur stalowy na jego piersi rozbijały się twarde pałki. Wyprawa była zabawką, klęska rzadką, a nieszczęśliwi mogli się pomścić [klęsk] zadawanych sobie, tylko skupiając się w tłumy ogromne i mrowiem zasypując przeciwnika...

Dnia tego część już gości zgromadzoną była w salce o granitowym słupie, dokoła Mistrza Wielkiego. Gwar słychać było wesoły... Języki mieszały się tu różne, jak u wieży Babel... Część mówiła po niemiecku rozmaitymi dialektami ziem, z których pochodziła, nie zawsze się dobrze rozumiejąc między sobą; Francuzi z niektórymi porozumiewali się po łacinie, między sobą językiem południowej i północnej Francji, obu krewnymi sobie, a odmiennymi jednakże... Anglik łamał się z niemczyzną powinowatą; kilku rycerzy poliglotów chodziło od jednych do drugich, posługując jako tłumacze...

Wszyscy dostojnicy zgromadzeni już byli i oczekiwano tylko na hrabiego z Namur, który po wczorajszej, długo przeciągniętej uczcie, spoczywał; gdy skromnie i po cichu wsunął się Bernard i stanął na uboczu. Nikt na niego nie zwrócił uwagi, chociaż piękna ta postać dziś tak odbijała od innych wyrazem posępnym smutkiem i bólem prawie, a tak wśród ogólnego wesela i ożywienia zdała się tu obcą i rażącą, iż pierwsze na nią wejrzenie powinno było wywołać pytanie: co ten człowiek przynosił z sobą? jaką klęskę, jaką wieść złą, jaką groźbę?