Padało słońce w dolinę, ale do głębin leśnych, gdy się liśćmi okryły, nie zajrzał promień żaden i tajemnic ich nie odsłonił... Jak sklepienia zielone, splątane z sobą i pokrzyżowane, rozpościerały się gałęzie, pod sobą cienie kryjąc i chłody...
U skraju lasu, na małym pagórku, który strumień podmywał i na wiosnę jeden bok jego odarł z murawy, żółty piasek obnażywszy i glinę, siedział dąb odwieczny, król lasu, ojciec może tej gęstwiny. Wierzchołek jego występował ponad najwyższe drzewa, a stopy rozpostarte, porozłupywane, grube jak drzewa, wielką przestrzeń zalegały...
Dąb to był jeden czy trzy z sobą tak zrosłe, że się w jednę olbrzymią zlały bryłę? teraz już rozpoznać nie było podobna... Grubą korę czy pioruny poryły głęboko, czy wieki tak ulepiły — nikt nie umiał odgadnąć. Rozdoły poobrastały mchy, gdzieniegdzie trawy i kwiecie nawet... Pasożyty te, przyczepione do szczelin, zwieszały się łodygi i liście ku dołowi, jakby prosiły się na ziemię...
Pod dębem nic nie rosło, oprócz trochy mchu i chudej trawki pożółkłej..
Na grubych dębu gałęziach z trzech stron pozawieszane były bryty całe sukna szkarłatnego, opadające aż na ziemię. Jedna tylko połać od słońca odkrytą była... Na pomniejszych żywych i suchych gałązkach niezliczona moc ręczników szytych, fartuchów, płacht, zawitek, najdziwaczniej się strzępiła...
Niektóre z nich były białe jeszcze i jasne, inne pożółkłe, sczerniałe, pobrukane, podarte w strzępki, rozgniłe na nici... Gdzieniegdzie pas czerwony, wstęga jakaś — kraśniały wśród tych łachmanów i bielizny...
Z dala poza dębem-królem, wielkim kołem biegł płot wysoki, szczelny, który schodził aż do strumienia, i przeskoczywszy go, część łąki zamykał... Z tyłu od lasu stały w tej zagrodzie wrota wysokie, mocne, dachem pokryte, a po obu ich bokach — dwie furty ze wschodkami.
Tam, gdzie stary pień dębu patrzał na świat i słońce, a rozpadł się jakby we dwie połowy, w głębokiej dziupli widać było kloc nieforemny...
Pień to był innego drzewa, dobyty z ziemi, który naroście, korzenie, garby i szpary urobiły tak dziwnie, jakby nad nim ręce ludzkie pracowały. A nie tknęły go nigdy kamień ni żelazo. Bawiła się siła jakaś nieznana, gdy rósł w ziemi ten potwór, by mu kształty nadała niby ludzkie, niby zwierzęce, istoty niebywałej a strasznej... Pień ten miał głowę olbrzymią i w niej doły, jak oczy, i rozwartą paszczękę, a pod nią nastrzępioną brodę... a ponad czołem występującym jak dach, strzechę kudłatą...
Głowa siedziała wbita w ramiona szerokie bez szyi z piersią wypukłą i nabrzmiałą; niby rąk dwoje chudych przyczepionych było do boków; niby grube dwie skręcone nożyska zwijały się dwa sploty korzeni u spodu... Potwór to był niekształtny, a choć myśl żadna w nim nie postała i przypadek jakiś wyrzeźbił mu twarz straszną — oblicze to mówiło, bałwan był jakby snem jakiejś istoty, która na progu życia w kloc stężała...