Przychodził ze smutnym wyznaniem winy swej, ucieczki Jerzego i niepojętego spisku jeńców litewskich, którzy w zmowie z sobą uszli.

Luder przyjął tę wiadomość obojętnie dosyć, starając się nawet strapionego Bernarda pocieszyć tym, że szaleńcy ci gdzieś głodem zamrzeć muszą, a gdyby się cudem jakim do swoich dostać mieli; Zakonowi żadnej szkody wyrządzić nie potrafią.

— Bracie Bernardzie — rzekł — nie trapcie się tym, ani zrażajcie, ale pilnie odtąd przestrzegajcie tego, aby żaden obcy żywioł się do naszego Niemieckiego Zakonu nie wmieszał. Ani sług, ani czeladzi, ani knechta nie godzi się nam mieć, który by nie był czystej krwi niemieckiej...

Jest nas, dzięki Panu, dosyć i nie potrzebujemy obcych pomocy...

Wielki Mistrz na tym skończył i mając już uklęknąć do wieczornej modlitwy, zwrócił się jeszcze do Bernarda, cicho szepcąc:

— Jeżeliby ich ujęto... szkoda żywić...

Dał znak, ręką po szyi powiódłszy, który Bernard zrozumiał dobrze... pokłonił się nisko i gdy Luder do klęcznika się zbliżał, wyszedł po cichu.

VIII

Dolinę wpośród gęstej puszczy zieloną, której środkiem mały strumień przebiegał, otaczały dęby i lipy, graby i leszczyna... Jak wygnanki osamotnione, uwięzione, ściśnięte, dwie czy trzy olbrzymie sosny, świerków para, ciemniejszym gałęźmi ponad wiosenną zieleń liściastych braci dobywało się do góry... Nagie ich pnie strzelały ku niebiosom, bo żaden konarów, w tej gęstwinie zgłuszonych, nie mógł puścić... Stały świerki i sosny te jak niewolnice... i tyle miały powietrza i słońca, co nad sobą...

Za to się dobrze działo zwycięzcom, rozrastającym się bujnie; a nigdzie ślad ludzkiej ręki nie nadwerężył tych panów puszczy, których i burza szanować musiała, bo wkraść się tu nie mogła...