Teraz, gdy w te mroki lat dawnych się wpatruję, coraz mi więcej rzeczy na pamięć przychodzi, które, jakby mgłą były okryte. Mgła się rozprasza...
Chłopak, siedzący na ławie, palec położył na ustach, obejrzał się trwożliwie ku drzwiom. Wzdychał i tarł czoło.
— A! to nieszczęśliwa godzina, — wyjąknął — gdy się o tym zgadało! Co już pomoże myśleć o tym? co wam pomoże wiedzieć? Z ich rąk, co raz w nie wpadło, już się nie wydobędzie. Patrzajcie na mnie. Mnie też pochwycili gdzieś z chaty chłopięciem, na powrozie przy koniu, jak bydlę, przygnali, ochrzcili, ostrzygli, kazali służyć — i muszę. Idą oni na moich, każą za sobą nieść tarcze i miecze; idę za nimi i niosę. Patrzę, jak się moja krew leje, jak moi bracia giną... a! wszystko kipi we mnie, łzy do oczu się cisną; alem ja sam, i siły nie mam!
Jerzy podniósł się z łóżka trochę i, brwi ściągając, a ręce zacisnąwszy, szepnął:
— Zbiec przecie można!
— Dokąd? jak? — przerwał zastraszony pachołek. — Na co by się nam to dziś przydało? Tam by już nikt nas nie poznał i nikt nie przyjął. Jeszcze by nas pozabijali, jak krzyżackich knechtów, bo dla tych przebaczenia nie ma. Służyć im trzeba, choć ich nienawidzimy. Taka dola, a swej doli nikt nie jest panem.
Pomyślał trochę i ciągnął znowu:
— Jeżeli oni was kędyś z Litwy porwali, a chowali i pieścili, karmili jak paniątko i ubierali, czy oni dziś by zbiec pozwolili? Patrzą oni na was podwójnymi oczyma, a gdyby najmniejsza poszlaka... ho! ho!...
I ręką pociągnął sobie po szyi, jakby ścinał głowę.
Chory Jerzy dumał głęboko.