Przerwała się rozmowa, i zaczął pachołka siedzącego rozpytywać o litewskie nazwania rzeczy różnych: jak się matka, ojciec, brat, dom, ogień zowie? Słuchając, zadumywał się, za głowę chwytał, brwi ściągał, a oczy mu połyskiwały.
Pachołek dziwił się, ciekawił, wzdychał, ręce załamywał i co raz to przypominał, że cicho mówić było trzeba.
— Był tu stary Bernard? — spytał w końcu. — A co on tu robił u was! On darmo nigdy nie chodzi. Posyłają go wietrzyć, gdy innym nosa braknie. Chytry to a straszny człek, co jak spojrzy, na wylot przekole. Na zamku on niby niczym — taki brat jak drudzy; do starszyzny nie liczy się i z nią nie chodzi; stoi na boku. Urzędu nie ma; a boją go się najstarsi i może, co zechce. Wciska się wszędzie, nigdzie mu drzwi nie zamykają; podpatruje, słucha, odgaduje. Na kogo popatrzy, ciarki mu biegną po skórze. Jego tu nie darmo do was wysłali. — Czyście się przed nim z czym nie wydali?
Jerzy na to pytanie pogardliwie i dumnie ramionami poruszył.
— Oh! — rzekł — ani słowa nie dobył ze mnie!
— Szpitalnik — mówił pachołek — gbur, niecierpliwy, niby zły, gderze19, popycha; ale dobre ma serce. Łaje chorych, gdy mu wyzdrowieć nie chcą, a dzień i noc koło nich chodzi, jak matka; a ten!... Dość, by popatrzył... zdaje się, że zje oczyma!
Chory Jerzy już dumał i nagle, jak przebudzony, zawołał:
— Kunigas? Kunigas?
— Aha! tak u nas najstarszych panów zowią — odparł chłopak.
— Ja dobrze pamiętam — rzekł Jerzy, bijąc się w czoło — że mnie dzieckiem na ręku piastująca kobieta tym imieniem uspokajała i wołała.