Leżące na ziemi dziewczę niekiedy ciekawie podnosiło głowę, rzucało oczyma niebieskimi po dolinie ku dębowi, uśmieszek przebiegał po jej ustach; lecz wnet zmęczenie zmuszało ją lec na trawie i choć dokoła stali, szemrząc, ludzie, przypatrujący się natrętnie, — biedne stworzenie zamykało powieki i sen na nich ołowiany osiadał. Merunas, który tu wielu już i różnych widywał przybyszów, tych z żadnej oznaki wyraźniejszej odgadnąć nie umiał, kto by byli. Ubiór ich jakiś, ni obcy, ni swojski, nie miał cechy ziemi, z której przychodzili. Sama twarz i postawa młodego chłopaka, który przodował innym, miała w sobie coś niezwyczajnego — ruchy zdradzały nawyknienia jakieś nielitewskie.

Wędrowcy ci byli to: Jerzy Kunigas, Szwentas, Rymos i Baniuta.

Jakim sposobem przez kraje zajęte krzyżackimi strażami dostali się tu na bezpieczne, w lasach ukryte, Romowe? Pytali ich wszyscy, nikt nie rozumiał, a odpowiedziom wielu nie wierzyło.

Kunigas obudzał nawet nieufność wielu; szeptano, niedowierzająco spoglądając na niego, bo mówił litewskim językiem, jakby się go wczoraj nauczył i słowa przychodziły mu ciężko, a gdy ich brakło, marszczył się niecierpliwy i gniewny.

Podróżni nie umieli rozpowiedzieć o swej drodze. Szwentas tylko słowy urywanymi cieszył się, że się ciężka wędrówka skończyła.

Gdy się Merunas zbliżył i zapytał — poszepnął mu jeden z ciekawych, że zbiegi przybyły z niewoli krzyżackiej, a jeden z nich się Kunigasem mianował.

Gdy się to działo, a Baniuta, pomimo ludzi, co się w nią wpatrywali, zarzuciwszy zasłonę na głowę, usypiać miała na gołej ziemi; niektórzy ze starszych szemrać zaczęli, iż należało by ją której z niewiast powierzyć, aby o niej miała staranie.

Wyszedł jeden z koła i podstąpił tam, gdzie starsze kobiety siedziały u ognia, gotując wieczerzę... Wstały z nich dwie zaraz i żywo pośpieszyły ku leżącej dziewczynie. Stanęły nad nią zadumane, przypatrując się z obawą i podziwieniem... Baniuta spała. Jedna z nich poklękła przy niej, ostrożnie podniosła z lica zasłonę i poczęła wpatrywać się w twarzyczkę, którą sen już ujął jakby śmiertelny... Szeptano nad nią — nie słyszała nic, dotykano — nie czuła; oddech był wolny... rumieniec gorączkowy na policzkach, a półotwarte usta czerpały z powietrza życie, którego piersi brakło...

Ulitowawszy się jej, dwie niewiasty z lekka wzięły Baniutę, podniosły z ziemi i, ostrożnie krocząc z ciężarem tym, poszły ku swojemu ognisku. Raz tylko otworzyła oczy, westchnęła, uśmiechnęła się im... powieki zapadły znowu i tak uśpioną... półżywą, złożyły jak dziecko na prędko przysposobionym posłaniu.

Rymos, tak prawie znużony, jak ona, siadł na trawie, podparł się rękoma — drzemał. Szwentas najlepiej przebył te trudy i trzymał się na nogach, śmiejąc się a rozglądając.