Trzykrotnym łańcuchem opasane było uroczysko dokoła... Zbrojna straż koczowała przy dolinie, a wszyscy też kapłani mieli oręż i gotowi byli stanąć w obronie swych świętości. O stajań kilka drugi szereg opasywał kręgiem Romowe... Na skrajach puszczy stali trzeci wartownicy czujni, którzy o niebezpieczeństwie hukaniem i naśladowanymi różnych ptaków głosami oznajmowali. Niejeden już naówczas dąb święty padł pod siekierami niemieckimi, niejedno Romowe zniszczono, wielu Wejdalotów wyrzezano; ostatnie przytułki świętości starych musiały być pilnie strzeżone.

Skarbce też kosztowniejsze, złoto, srebro i miedź, chowano w podziemiach w lesie utajonych, o których tylko najwyżsi wiedzieli kapłani.

Dzień wiosenny miał się ku schyłkowi i ukośne słońca zapadającego promienie wpadały tu, ozłacając świeżą zielonością okryte drzewa; wędrowcy jedni się zabierali do drogi, drudzy gotowali do spoczynku, inni dopiero do obozowiska zdążali, gdy lekki szmer jakiś dał się słyszeć w dali i od ogniska zaczęli wstawać ludzie, a kupić się w miejsce jedno.

Starszy Wejdelota, Nergenno, który pilne na wszystko miał oko, najrzał z dala ten ruch, przyłożył rękę do czoła, popatrzał długo i młodego chłopaka posłał w to miejsce, gdzie się kupili ludzie, aby mu przyniósł wieść, co ich tam gromadziło.

Żwawy Merunas przesunął się pomiędzy ogniskami i gromadkami siedzącymi u nich, a że miał białą przepaskę, ręcznik, oznajmiający, iż do służby Perkunasa należał, ustępowali mu wszyscy z drogi.

Na skraju lasu postrzegł w pośrodku ciekawej gromady stojących ludzi troje i białą zasłoną od stóp do głów obwiniętą niewiastę, której część twarzy zaledwie widać było.

W chwili, gdy się ku nim przybliżyć miała — kobieta w bieli, jakby ze znużenia wielkiego, schyliła się, padła i położyła na ziemi. Ktoś z gromady niósł jej kubek świętej wody dla orzeźwienia.

Z trzech towarzyszących jej mężczyzn, jeden młody, piękny, postawy rycerskiej, śmiałego wejrzenia, na jakiegoś by wodza wyglądał, gdyby nie lata zaledwie chłopięce i twarz jeszcze ledwie puszkiem okryta.

Poza nim, małego wzrostu, gruby, z głową dużą, silny, barczysty, stał parobek z pałką na ramieniu, z sakwami na plecach. Dalej jeszcze smukły, chudy chłopak, w tych latach, gdy człowiek z dziecięcia wychodzi, a męża nie dorósł, trzymał się na uboczu, oparty na kiju podróżnym.

Z odzieży tych wędrowców, z ich twarzy, z postawy znużonej, widać było, że przybywali z daleka, że drogę mieli za sobą ciężką i długą. Kurzawa i błoto osiadły na ich nogach, gałęźmi poszarpane mieli suknie, zmiętą i zszarzaną odzież, oblicza schudzone.