I Szwentas też, za przykładem Rymosa, obejrzał się tylko, nogi podgiął i na ziemi siadł. Kunigas tylko nie myślał o spoczynku.

Stał milczący, gdy Merunas powrócił, za rękaw go ujął i wskazał ku dębowi, że tam go wzywano.

Jerzy już poczynał iść, gdy stary jego towarzysz, ujrzawszy ruch ten, wstał, mrucząc, i zabrał się z nim razem.

— Beze mnie wy tam, Kunigasiku — rzekł — chyba się nie rozmówicie ze świętymi ludźmi... bo oni was, a wy ich nie zrozumiecie. Powlokę się za wami.

Jerzy szedł śmiało, nic nie odpowiadając.

Kilku Wejdalotów na nich u parkanów czekało... Szwentas, potarłszy czoło, wyprzedził swego Kunigasa.

— Coście za jedni? — zapytał starszy z Wejdalotów.

— Z krzyżackiej niewoli — odparł Szwentas. Wskazał na Jerzego. — Wiecie kto jest? to dzieckiem zabrany Redzie z Pillen chłopak, którego Krzyżacy Niemcem już byli zrobili... Odezwała się krew... ma znamię, grochu ziarno, na szyi... on jest!

Wejdalota ręce podniósł...

— Od dziecka u nich był? — zawołał, marszcząc się — a cóż nam dziś z niego...