Jerzy, dosłyszawszy to, podniósł głowę.
— Zdam się — rzekł krótko a dumnie.
Wejdaloci spojrzeli nań — postawa potwierdzała słowa; głowami poruszyli, na siebie spojrzeli. Szwentas tymczasem rozpowiadał bez ładu o podroży, przerywając powieść swą śmiechem i przekleństwy. To, co mówił, tak było do baśni podobnym, iż słuchający ramionami ruszali... Mówiono im też o Baniucie... a Szwentas się przyznał, że długo służył Niemcom, dopóki mu się, jak powiadał, serce w piersi nie odwróciło...
Nie wiedząc, co począć z tym przybyszem, milczącym a dumnym i wyglądającym im obco, Wejdaloci poprowadzili go do Krewuli.
A Baniuta? Baniuta spała... Sen to był jakby dziecięcia w kolebce, które czuje, że ktoś nad nim czuwać musi. Jedna po drugiej przychodziły baby i dziewczęta licu się jej przypatrywać, potrząsały głowami i szeptały...
Baniuta spała... Czasem się westchnienie wyrwało z piersi i zdało się, jakby już obudzić się miała, lecz sen powracał znowu i noc się roztoczyła dokoła, a dziewczę jak spało, tak spało.
Już wszystkie niewiasty, jedna po drugiej, po raz i po dwa przychodziły się wpatrywać w uśpioną; a jedna tylko stara Jargała, siedząca u ognia niedaleko, choć ją ciągnięto i namawiano, nie chciała się ruszyć i zobaczyć dziewczęcia.
— Nie chcę widzieć — mówiła — po co? A to mi się rozedrze serce... Miałam w tych latach córkę, co mi zginęła... Czy źwierz ją zadrapał, czy Niemcy zabili, żaden wróżbita nie wie... a przepadła jak kamień w wodę.
I nie poszła stara Jargała, tylko, przypomniawszy swoję, zapłakała, podparła się na ręku i zaśpiewała piosnkę, którą dziewczę z wiankiem do mogiły prowadząc, śpiewano...
Dały jej pokój inne...