Siedziała długo; nagle, jakby jej coś do serca zapukało, ruszyła się z ziemi, chciała powstać i usiadła.
„Pójdę? nie? — mówiła w sobie. — Po co? Rozedrze się serce!”
Siedziała znowu i ruszyła się jeszcze... Coś ją gnało i coś wstrzymywało...
Rzuciła się, wstała na nogi, lecz zbrakło jej odwagi. Wtem z dala, z tej ciszy doszło ją westchnienie lekkie... To Baniuta przez sen tak oddychała.
Ogień przygasły rozdmuchał wiaterek i blask padł na uśpioną. Jargała szła ku niej powoli zrazu, potem żywiej coraz; obejrzała się, jakby wstydziła; przybliżyła się; nachyliła; uklękła — siadła.
Oczy starej jakby z powiek wyskoczyć chciały; ręce bezwiednie wyciągnęła, otwarła usta... patrzała... napatrzeć się nie mogła. Oddech żywszy coraz poruszał jej piersi, łzy z oczu płynąć zaczynały.
— A! taką, taką rybką złotą byłaby moja, gdyby żyła! — poczęła jęczeć po cichu — takie miała kosy bursztynowe, takie ustka malinowe... takie czoło śnieżne... Dziecko moje! dziecko moje! — Mówiła z płaczem, tak cicho, tak oddech wstrzymując, że ledwie sama siebie słyszała...
Wtem śpiąca drgnęła; otworzyły się powieki szeroko; ukazała oczy jasne, niebieskie; wlepiła je w staruszkę, patrzała i po ustach biegł uśmiech... Oko w oko tak spoglądały na siebie, chwilę czy godzinę... po starej mrowie przechodziło... Baniuta powiek zamknąć nie mogła...
Na piersiach dziewczęcia oddech koszulkę poruszył i odsłonił na sznurku kolce113, które nosiła ukryte.
Nagle dwa krzyki słyszeć się dały... dziewczę wyciągnęło ręce, stara chwyciła ją w objęcia.