Stopiony kruszec, z popiołów dobyty, szedł do skarbca Perkunasowego.

Za Redą, która szła dumna i zamyślona w ślad Krewuli, stąpał z głową spuszczoną Jerzy. Kunigasowa, zbliżając się do ołtarza, z torebki wiszącej u pasa dobyła garść srebrnych pieniążków... i gdy starsza Wejdalotka podała jej drzazgi, które na ognisko rzucone być miały, cisnęła z nimi razem, z brzękiem na rozpalone kamienie padające, pieniądze.

Oko Redy, która już od Szwentasa w drodze o Baniucie słyszała, ciekawie szukało między Wejdalotkami, których gromadka stała we wrotach osobnej zagrody, tej, o której parobek jej opowiadał. Domyślała się nieznanej dziewczyny w różnych, lecz Baniuty tu nie było. Jerzy także szukał jej oczyma na próżno.

Szwentas mówił Redzie z wielkim zapałem o ślicznej dzieweczce, o męstwie, jakiego dowody dała w podróży, o niezmiernym żalu Jerzego po tej, którą kochał i za narzeczoną uważał. Kunigasowej jednak cała ta powieść nie podobała się. Serce matek zazdrosne jest o synów: ta miłość Jerzego dla obcej, pobytem w krzyżackiej niewoli już wstrętliwej dziewczyny, niemiłą jej była.

Dla syna chciała równej mu rodem... a ta była prostego bajorasa dziecięciem ubogim.

Nieledwie120 się więc cieszyła z tego, że Wejdaloci ją, jak należny sobie łup, zabrali.

Przywiązanie chłopca do Baniuty w jej oczach było prostą krewkością dziecięcą, której pobłażać nie myślała.

Wystawiała sobie dziewczynę z tego, co jej Szwentas powiadał o pobycie we dworze Gmundy, jako zalotnicę zepsutą. Takiej żony nie życzyła dla syna.

Po obejściu trzykrotnym ogniska, Reda skłoniła się Krewuli, dała jeszcze garść pieniążków dla Wejdalotów, i oczyma syna ciągnąc za sobą, wyszła, przeprowadzona do wrót zagrody, w dolinę.

Tu już dla nich namiot był szary rozbity i ognisko rozłożone, przy którym pieczono mięsiwo na wieczerzę. Jerzy szedł obok matki. Spoglądał na nią ciekawie i trwożnie, uczuwszy w tej niewieście siłę i wolę większą, niż miał w sobie.