Ona patrzała nań i upatrywała, co krzyżackie wychowanie na nim wycisnęło. Piękny był w oczach, biło ku niemu serce matki; a coś jakby nieprzyjacielskiego w nim czuła.

Około rozbitego namiociku, w którym dwa siedzenia usłano naprędce, stali w pewnym oddaleniu ludzie Redy... dobrze zbrojni, silni, zdrowi, lecz dzikich ruchów i twarzy. Z dala uśmiechali się swojemu panu, szepcąc i wskazując nań palcami.

Reda, nim rozpoczęła z synem rozmowę, długo się w niego wpatrywała i raz jeszcze, rozchyliwszy suknią, zajrzała do znamienia na szyi.

Chłopiec, czując, że mogła mieć wątpliwość, począł nieśmiało opowiadać jej, co sobie mglisto przypominał z przeszłości; wszystko to potwierdzało jego pochodzenie i kilka razy Reda uściskiem mowę mu przerwała.

Ta mowa połamana, obco dźwięcząca, raziła ją, choć z ust dziecka. Niemiec mówił przez niego i uczucie miłości coraz to się warzyło nienawiścią wroga. Nie mogła im przebaczyć tego, że jej dziecię przetworzyli tak ohydnie...

Jerzemu często brakło wyrazu... wahał się... Reda naówczas, cała zarumieniona, rzucała mu je szybko, z gniewem i niecierpliwością. To go onieśmielało.

Radość z odzyskania syna zatrutą była w sercu matki.

Nierychło Marger, gdyż tego dawnego imienia kazała mu używać, ośmielił się mówić o swej ucieczce i wspomnieć o dziewczynie.

Reda na pierwszą o niej wzmiankę głową poruszyła i usta jej wzgardliwie się uśmiechnęły.

— Dobrze, że ją sobie Wejdaloci zabrali — rzekła. — To nie była dla ciebie żona, a nałożnicy ja nie chcę. Lat tyle trzymali ją Niemcy, i ty potem chciałbyś mi z niej robić synową? Nie — nie!...