Nie był to więc nieprzyjaciel, lecz posiłek może.

Myśli błyskawicami biegały po głowie Margera...

Pchnął Rymosa ku tynowi i wskoczył na jego ramiona. Z tej wyżyny mógł przez okap na tynie wewnątrz podwórka rzucić okiem.

W szopkach, otwartych dokoła, na sianie i posłaniach ze skór leżały Wejdalotki.

Trzy z nich siedziały, czuwając, aby te, co były przy ogniu wyręczyć. Szeptały z sobą po cichu, ziewając znudzone...

Pod jedną z szop, oczyma rzucając po zakątach, Marger teraz dopiero dojrzał na posłaniu siedzące dziewczę, które jedno nie spało z dobrej woli.

Bicie serca dało mu poznać Baniutę. Z wlepionymi w nią oczyma stał na barkach Rymosa, dysząc niespokojnie, niepewny, jakie popełni szaleństwo, gdy trzy siedzące stróżki wstały, otwarły wrota i poszły te, które ogień żywiły, wymienić.

Jedna chwileczka zostawała Margerowi do odezwania się i oznajmienia Baniucie, nim by wymienione powróciły dziewczęta. Reszta pozostałych spała.

Syknął, szepcąc jej imię.

Baniuta szybko zerwała się na nogi; spojrzała w górę; domyśliła się raczej, niż poznała narzeczonego, i głowę a dłonie ku niemu podniosła.