Musimy złamać w jednym miejscu opór, jaki nam stawią na granicy. Jest tam, jak na takich dzikich pogan, cale122 mocno zbudowane zamczysko. Zburzyć je trzeba koniecznie.

— Tak — dodał Marszałek — musimy je mieć i zniszczyć... Inaczej w głąb kraju dalej puścić się nie sposób, z tyłu ich za sobą mając; bo tam w tej dziurze zawsze ludzi dość, czuwanie wielkie i zajadła dzicz!!

— Dotąd — rzekł jeden z Komturów przytomnych123 — szczególniej Pillen tych dobyć było trudno, bo ich rzeka broni prawie z trzech stron. Ani przystąpić.

— Na to właśnie znalazł się sposób — z uśmiechem dodał Marszałek — sądzę, że skutecznym będzie.

— Jaki? — zapytał książę brunświcki124.

— Kazaliśmy umyślnie zbudować statek ogromny — mówił Komtur, uśmiechając się z pewną dumą. — Mylę się; można go nazwać twierdzą chyba. Spuścimy go rzeką pod sam gród i z niego szturmować będziemy. Ludzi się na nim dosyć pomieści; mocno zbudowany; możemy na nim stać, jak na lądzie bezpieczni.

Hrabia z Namur uśmiechał się.

— Pomysł bardzo dobry, jeśli wody tak wielki gmach uniosą.

— Rzeka głęboka, a nasi ludzie mielizny znają! — odparł Marszałek. — Wszystko obrachowane. Tym razem zamek ów mieć będziemy.

— Daj Boże! — westchnął Mistrz. — Wielki by to był krok do dalszego zawojowywania. Pilleny nas jak skała rzekę wstrzymują.