— I wszystko się dziwnie składa — przemówił Siegfried — żeby z nich dla nas zrobić najniebezpieczniejsze gniazdo.
Zwrócił się ku milczącemu i we mroku stojącemu Bernardowi.
— Wszak ci to waszego zbiegłego wychowanka ojczyzna te Pilleny? — rzekł — któż wie? może się udało mu dostać do nich!
— Wątpię — rzekł Bernard — tylko młodość taka szalona mogła się na podobną ważyć wycieczkę. Gdzieś ich albo głód zmorzył, lub zwierz rozszarpał dziki.
— Miał z sobą wasz wychowanek — dodał z przyciskiem Komtur z Balgi — starszego pono człowieka, doświadczonego.
— Bydlę, pół wariata! — zawołał Bernard ze wzruszeniem i westchnął.
Westchnienie to któryś z nieprzyjaciół jego podchwycił.
— Wy byście pono nieledwie życzyli ocalenia temu zdrajcy; bo mówią, żeście się do dzieła rąk waszych przywiązali.
Zaczepiony Bernard, z twarzą surową obrócił się ku mówiącemu.
— Ani się tego myślę wypierać — odparł. — Może popełniłem błąd, ale w dobrej wierze. Dziecko było, na którym godziło się pokładać nadzieję. I gdyby nie wpływ jakiś tajemniczy, który może wychowance siostry Siegfrieda przypisać trzeba, z tego chłopaka mógł być dla Zakonu pożyteczny sprzymierzeniec.