— O! — rozśmiał się Siegfried — jużeście się z tego nawracania pogan i przerabiania ich na chrześcijan powinni byli uleczyć, bracie Bernardzie. Bić ich i rzezać! nie ma innej rady.
— Krew ta i w dziesiątym pokoleniu się odezwie — potwierdził inny.
— Jeżeli się tam do tych Pillen, do matki dostał — mruknął Marszałek — choć to niewielka siła, zawsze on nas zna lepiej od innych, zła rzecz.
— Sądzę, że przeciwnie — odpowiedział Bernard. — Zna nas i siłę naszę, to znaczy, że im głupią i nadaremną obronę z głowy wybije. Tego jestem prawie pewien. Upór pogan, zuchwalstwo ich, polegają na tym, że właśnie sił, z którymi walczą, nie znają.
— Umiecie się bronić! — wtrącił, śmiejąc się Komtur. — Ja ich dobrze znam, ale na tę zaciętość rozpaczliwą nie pomoże nic; będą się tak bronili, jak dawniej, choćby do nogi ich wybito. To rozpacz...
Szept na chwilę zastąpił rozmowę, która się podzieliła na kilka gałęzi. Obcy rozprawiali z sobą, Komturowie mówili o Pillenach; Wielki Mistrz zapytał o statek.
— Statek nasz tak, jak skończony — odpowiedział Komtur, który nadzór miał nad nim. — Dno tylko jeszcze smołą wylać trzeba i wnieść nań co dla ludzi konieczne; bo żywności z okolicy trudno dostać będzie, a oblężenie nasze może potrwać.
— Sądzicie? — rzekł Marszałek — mnie się zdaje, że ich na widok tej machiny przestrach ogarnie?
— Jeśli się nie mylę — przerwał Komtur — nie będzie ona dla nich niespodzianką. Chociaż budowaliśmy w ustronnej przystani, mają szpiegów, którzy im o niej donieść musieli, a łatwo domyślą się, na co ma służyć.
Zamilczano znowu.