— Razem ze statkiem — odezwał się Wielki Mistrz — wypadnie i od lądu oblegać, przewiózłszy ludzi. Osaczyć musimy dokoła. Zresztą, choćby z największą ofiarą, Pilleny mieć musimy.
— Bez wątpienia — pośpieszył potwierdzić Marszałek — dopóki one stoją, ani kroku dalej postąpić nie możemy.
— Oni to wiedzą pewnie — rzekł Siegfried — i rozpaczliwej też obrony spodziewać się tu musimy.
— Natośmy przygotowani — dodał głos z ciemnego kąta.
Kończyli tę rozmowę, gdy przez drzwi od wielkiej sali wszedł cały we zbroi, tak jak z konia zsiadł, opylony, zmęczony, w płaszczu pomiętym, Krzyżak.
Jeden z Komturów poznał go i na widok niespodzianie nadchodzącego, żywo się poruszył, zbliżając ku niemu niespokojny.
Przybyły, Hans von Hechten, miał twarz pofałdowaną gniewem, który ledwie w sobie hamował. Widok zgromadzonych, gdy się ich tu może tylu nie spodziewał i przed nimi z tym, co niósł, spowiadać nie życzył, zmieszał go. Obcych było wielu. Powiódł oczyma, rad się był cofnąć, ale już za późno było — wszyscy mieli zwrócone nań oczy; Wielki Mistrz, odgadując, iż z pilną sprawą jego zapewne szukał i znaleźć się tu spodziewał, zwrócił się ku niemu i spytał otwarcie:
— Z czym przybyliście?
— Dlaczegoście porzucili wasze stanowisko? — dodał Komtur. — Powierzyłem wam dozór; komu żeście zdali...
Nie dokończył, gdy Hans, spojrzawszy nań spod brwi nachmurzonych, ręką zamachnął rozpaczliwie.