Jerzy nie odpowiadał. Kunigas! Kunigas! chodziło mu po głowie i szumiało.

Wtem lampka przygasać zaczęła, sycząc; pachołek się porwał nagle, przestraszony, że się opóźnił. Zbliżył się do zamyślonego, pochylił się przed nim z pokorą i czułością.

— Kunigasie mój! — szepnął, usiłując za rękę go pochwycić — nie zabijacie się wy tęsknotą. To nie męska rzecz kwilić. Mężowi przystoi gniew, a niewieście smutek. Ona go wyśpiewa i wyleje z siebie, gdy jej duszę naciśnie; my z nim jak z trucizną chodzić musimy. Trzeba żyć. Któż wie? kto wie? — powtórzył — I na nas przyjdzie godzina i dzień na litewskie dzieci.

Jerzy spojrzał nań i z lekka go po ramieniu uderzył.

— Idź! — rzekł — tobie czas. Szpitalnik nigdy nie śpi, i po nocy nawet śledzi. Nuż by cię tu zastał. Wracaj; a jutro, gdy się wymknąć potrafisz, przyjdź mi mówić o Litwie. Tyś mi pierwszy objawił krew moję23 — i coś się we mnie zbudziło. Czy to sen? czy spominki? czy pokusy szatańskie?

— Szatańskie? — rozśmiał się parobek z niedowierzaniem. — Na Litwie, u nas, szatanów nie ma, tylko bogi, sługi wielkiego Boga, raz dobre, drugi raz złe, jak on im przykaże. To oni szatana sobie zmyślili. Nasz Perkunas by go nie zniósł i wnet piorunem by go wgniótł w ziemię, a nie dałby mu przeciw sobie gospodarować! Ho! ho!

— Cicho, nierozumny! — zawołał Jerzy. — Spraw bożych z ludzkimi nie mieszaj; co ty wiesz?

I bojaźliwie, ukradkiem, krzyż zakreślił na piersi. Ale ruchu tego nie dojrzał już Rymos, bo się co prędzej przez drzwi na pół otwarte wymknął i jak mysz cicho do izby chorych, na swój barłóg pusty prześlizgnął.

II

Zamek Marienburski (Malborski), w owym czasie, choć do niego jeszcze dobudowywano wiele, choć go kończono i powiększano, stał już tak wspaniale zarysowany, jakim później widzieliśmy go w majestatycznych ruinach, nim niesmaczna restauracja z nich go do trupiego życia jakiegoś nie dźwignęła.