Na szczycie pagórka piętrzył się Wysoki Zamek, Hochburg, najstarszy z gmachów, zawierający kościół, groby i salę kapitulną; niżej, oddzielone od niego głębokim przekopem, wznosiło się Średnie Zamczysko, w którym życie powszednie rycerzy krzyżowych się skupiało; niżej jeszcze, ku łęgom24 i Nogatowi, Dolny Zamek zawierał gospodarskie budowle i mieszkania knechtów i czeladzi.

Mówiono naówczas, że te trzy obronne grody, które się stały stolicą Zakonu, co się już wyrzekł walki z niewiernymi na Wschodzie, połączone z sobą były, na wypadek niebezpieczeństwa, podziemnymi schody25, kryptoportykami, o których wnijściu26 i tajemnicach wiedziała tylko starszyzna.

Na codzienne narady, w których uczestniczyli Wielki Mistrz, Wielki Komtur, Marszałek, Podskarbi, a czasem kilku starszych rycerzy, zbierano się zwykle na Średnim Zamku, w sali zwanej rycerską, której sklepienie jeden granitowy słup podtrzymywał.

Tu też nazajutrz o schyłku dnia znajdujemy starszyznę na kamiennych ławach dokoła siedzącą, przy ogniu na wielkim kominie rozpalonym.

Same płaszcze białe, same postacie rycerskie, ostre, ponurego wyrazu z brwiami najeżonymi, z pooranymi policzki, o szerokich ramionach, o piersiach rozrosłych, stworzone do noszenia zbroi i nawykłe do nich. Niemal braterskie rysów ich podobieństwo tłumaczyło się i jednością pochodzenia — bo naówczas nikogo jeszcze oprócz Niemców nie przyjmowano do Zakonu — i szlachecką krwią, i rodzajem życia, który jednakowo piętnował wszystkich.

Każde jednak z tych męskich oblicz, prawie książęcą jakąś dumą i wyrazem siły naznaczonych, miało odrębny charakter, gdy życie w nich zagrało.

Wielki Mistrz, najbliżej stał komina. Był to mąż poważny, lecz nieprzyjemnego wyrazu twarzy. Oko jego biegało niespokojne, usta gryzł, czoło marszczył i choć był pomiędzy swoimi, między najzaufańszymi, zdawał się niedowierzająco na nich spoglądać.

Nieodstępny, od niedawnego czasu, od zabicia Mistrza v. Orselen przez mściwego Endorfa, Kompan, dodany Wielkiemu Mistrzowi, stał z dala u drzwi, z salki tej do mieszkania jego wiodących.

Był to najmłodszy ze zgromadzenia, z bystrym wejrzeniem, pięknej rycerskiej postaci chłopak, który trzymał się na uboczu, jak gdyby na starszyznę nie zwracając uwagi, bo do jej narad nie miał prawa należeć. Postawiony na straży, nie mógł opuścić stanowiska. Zwano go hrabią v. Henneberg.

Mistrz Luder, oprócz niespokojnego oblicza i dumy, jaką mu książęce urodzenie dawało, nie odznaczał się niczym.