Twarze Wielkiego Komtura, Marszałka i Podskarbiego, dygnitarzy, składających radę tajemną, więcej miały wyrazu i dozwalały się domyślać, że władza wprawdzie była w ręku Mistrza, ale siła kierownicza w głowach tej starszyzny, spokojnej, pełnej siły i wiary w siebie, przejętej wielkim posłannictwem, jakie spełniała.
Oprócz Wielkiego Komtura i wymienionych, rycerz Bernard, któregośmy już widzieli wczoraj, tak odziany jak w kaplicy, tak niby mało znaczący i bez urzędowego stanowiska, jak wprzódy, w ciemnym kącie siedział na ławie, niby świadek niemy i obojętny.
Na twarzy Mistrza Ludera malowało się, oprócz niepokoju, znudzenie i znużenie, jakby go na tę naradę wyrwano, gdy potrzebował wytchnienia.
Rozmowa, cicho prowadzona, była niby przygotowaniem do ogólnej.
Komtur parę razy, nim ją rozpoczął, spojrzał na Kompana Mistrza, Henneberga; a widząc, że skazówki, dawane mu oczyma, nie starczyły, zbliżył się doń, poszeptał, i — Kompan za próg się z wolna wysunął.
Mistrz Luder niecierpliwie nogą popchnął głownią27, która się wytoczyła z komina, obejrzał się i zamruczał:
— Mówcie; poczynajcie; słucham!
— Najlepiej pono będzie, gdy Wam tę sprawę tajemną, która dla Zakonu wielkiej wagi być może, opowie i objaśni brat Bernard — odezwał się Wielki Komtur, spoglądając ku niemu.
Mistrz, namarszczywszy się, oczyma groźnymi rzucił na siedzącego w kącie. Z wyrazu twarzy domyślać by się było można, że tego brata Bernarda nie lubił.
Powołany powstał z wolna, zdając się o to niewiele troszczyć, i krokiem mierzonym przybliżył się do zgromadzonych u komina.