Nie dawał się zrazić ojciec Antoniusz i wciąż siedział nad związanym. Znalazł go tu Marszałek, który po żołniersku nogą kopnął leżącego, naganiając księdza, że próżno dla źwierzęcia tego czas i siły swe marnował.

Ksiądz prosić począł, aby życiem darowano nieszczęśliwego.

— Aby poszedł w las i mścił się — rzekł Marszałek zimno — znamy to plemię gadów niewdzięczne. Byłbym go może oszczędzić kazał, gdyby mówić chciał; ale katować się dał i ust nie otworzył.

Litwin, jakby tę mowę rozumiał, oczy otworzył. Błyskała w nich nienawiść.

— Spróbuj ty pytać go, ojcze; może będziesz szczęśliwszym — odezwał się Marszałek — znasz ich ten język szatański, do żadnego innego niepodobny.

Ojciec Antoniusz zbliżył się do dyszącego.

— Okup życie! — rzekł — powiedz, o co cię pytają.

— A mnie życie na co? — odparł jeniec i zachrapał straszliwie śmiechem bolesnym.

Ksiądz, jakby tego nie słyszał, powtórzył pytanie.

— Mów! ocal życie! Wiele jest na zamku załogi? Na długo żywności mają? Potrafią się oni nam opierać??