Ojciec Antoniusz dla katechizowania Prusaków wyuczył się był ich języka, zrozumiałego całej Litwie.

Z cicha więc, pochyliwszy się nad nim, szeptać mu począł słowa pociechy.

Dźwięk tej mowy oczy powtórnie otworzył umierającemu. Westchnął, słuchając ich i głos ochrypły, ledwie dosłyszany, dobył się z piersi potłuczonych.

— Po co mi przedłużasz życie! — mruczeć począł. — Daj mi raczej skonać prędzej, a jeśli masz litość, to dobij. Kołem uderz w serce; nie każ mi cierpieć.

— Życie ci może ocalę, a jeśli doczesnego nie dam, wieczne ci otworzę, gdy westchniesz do Boga jedynego — rzekł kapłan. — Nieszczęście, które cię spotkało, szczęściem być może, jeśli cię nawrócić potrafię.

Litwinowi usta się skrzywiły, głowę odwrócił wysiłkiem wielkim, milczał.

Ojciec Antoniusz wlał mu w usta trochę wina, które miał przy sobie; życie podbudzone wracało.

Naówczas kapelan począł mu mówić o Bogu chrześcijan, o Synu Jego, o Niebie, którego tylko zapragnąć potrzeba było, aby je pozyskać.

Jeniec milczał długo; na ostatek ta cierpliwa mowa, która wciąż brzmiała w uszach jego, wydobyła z niego znowu szemranie.

— Waszego nieba nie chcę — począł — tam moich nie znajdę; nie ma tam nikogo oprócz wrogów. Skonać mi daj.