Pierwszy to był jeniec tej wyprawy i nie dziw, że cały obóz się zbiegł go oglądać.
Okrwawiony, okryty pyłem i błotem, krępy, małego wzrostu mężczyzna lat średnich, pomimo, że zbity był straszliwie, nie wydał jęku, nie okazał cierpienia. Z przymkniętymi oczyma, z ustami, na których krew zakrzepła, z piersią oszarpaną, dawał sobą rzucać, bić się, znęcać i jak bez czucia kłoda, nawet głosu nie wypuścił.
Chciano go zmusić do mówienia, otaczali go tłumacze, targano go, deptano, grożono — nie pomagało nic. Można było sądzić, iż z niego już życie ubiegło; lecz krew sącząca się z ran, ciepłe ciało, niekiedy mimowolnie połyskujące oczy, zdradzały, iż nie wyzionął jeszcze ducha.
Zdawało się Krzyżakom, iż od niego o liczbie załogi, o zapasach twierdzy dowiedzieć się będą mogli; obiecywano mu więc życie, ale nie dał się niczym zniewolić do otwarcia ust.
Rzucono go tak związanego na ziemi, aby dogorywał. Zaledwie dyszącego znalazł tu biednego jeńca kapelan Marszałka, ojciec Antoniusz.
Był to jeden z tych duchownych, których dziwna ironia jakaś losu wpędziła w służbę krzyżacką: mąż pobożny, litościwy i bolejący nad tym, na co patrzał.
Słabowity, wychudły asceta, byłby dawno uwolnił się z Zakonu, a inny obrał sobie, dla życia kontemplacyjnego stosowniejszy, gdyby go tu nie trzymało uczucie obowiązku. Mówił sobie, że właśnie tu, gdzie miłosierdzia chrześcijańskiego nie było, on był je powinien nieść i pełnić.
Nie zważając na szyderstwa, jakie swym postępowaniem często ściągał na siebie, ojciec Antoniusz, nie przeciwiąc się nikomu, czynił, co mu serce dyktowało, w milczeniu, z cierpliwością i pokorą.
Zobaczywszy człowieka dogorywającego, przyszedł ku niemu, jak ów pobożny Samarytanin, siadł przy nim na ziemi; a że nie śmiał więzów porozrywać, do spalonych warg przyłożył kubek z wodą, rany twarzy i piersi obmywać począł.
Naówczas konający ów człek oczy otworzył, spojrzał i targnął się, jakby chciał rękę, co go dotknęła, odepchnąć.