Milczał, nie zwróciwszy nawet oczu ku niej. Nawykła do posłusznych, Reda zarumieniła się, głos jej stał się nakazujący, groźny.
— Wstawaj! konie za chwilę będą gotowe; jedziemy.
Marger dopiero z wolna głowę ku niej podniósł i głosem, w którym tyle siły było i woli, co w mowie matki, odparł:
— Ja nie ruszę się stąd.
Na chwilę Reda straciła mowę; gniew w niej wrzał, choć ten, co się jej sprzeciwiał, był jedynym jej dziecięciem.
— Co to jest? — zawołała. — Ty?
Marger, nie ruszając się z miejsca, milczał, patrzał w inną stronę. Ludzie, dokoła zgromadzeni, którzy świadkami byli, poczęli się cofać strwożeni. Reda ciągle podchodziła do siedzącego, wreszcie, stanąwszy przy nim, szarpnęła go za ramię.
— Słyszysz, ty? rozkazuję ci! Wstawaj!
— Nie wstanę.
Niewieście krew buchnęła do twarzy; mimowolnie ręką uderzyła po mieczu; mowa ta zuchwała, niemiecko jej i obco brzmiąca, niemal pamięć zatarła na to, że chłopak był synem jej własnym.