— Mów! — krzyknęła — czegoś się przeciwko matce zbuntował?

Po chwili namysłu, Marger ponuro, groźno wyjąknął:

— Chcę narzeczonej mojej; bez niej stąd kroku nie stąpię. Zrobili ją Wejdalotką; muszą mnie uczynić Wejdalotą.

Rozśmiał się szydersko.

— Nie pójdę stąd; albo z nią razem do Pillen, albo... bodaj nazad do Krzyżaków.

Reda stała bezsilna a gniewna. Gdyby nie był dzieckiem jej, już by się była pomściła. Przez myśl jej przeszło związać go kazać i gwałtem uprowadzić; lecz, jakby odgadł to, Marger miecz zza siebie, na ziemi leżący, porwał, z pochew go obnażył i ścisnął w ręku. Twarz mu też krwią nabiegła.

— Siłą cię wziąć każę! — zawołała.

— Ale martwego chyba! — krzyknął chłopak. — Nie dam się żywym wziąć. Tyś nie matka moja! nie! Gdybyś nią była, dziecku byś nie odmówiła tego, o co cię pierwszy raz w życiu prosiło.

— Czar mu rzuciła ta bezecna dziewka! — zawołała Reda — bodaj ją spalił ten ogień, którego ma pilnować.

Marger, nie słuchając, poprawił się na siedzeniu, miecz swój opatrzył, plecami się przyparł do szałasu i jakby do obrony gotował.