Redzie gniew i ból niewieście łzy spod powiek wycisnął.

— Gdybyś nie miał znamienia na szyi — krzyknęła — i ja bym cię za syna nie znała. Psy te niemieckie serce w tobie przemienili. Krew ci swą wleli. Śmierdzisz nimi!

— Więc rzuć mnie tu — rzekł Jerzy — ja z tobą iść nie chcę; zostanę tu; zginę marnie, a nie pójdę. Kobieta, choćby matka, rozkazywać mi nie będzie.

— A ty dla obcej wszetecznicy porywasz się na nią? — przerwała Reda, rzucając się w miejscu i miecz cisnąc w ręku.

— Ta mi nie obca! nie! ja z nią głodem marłem, poślubiłem ją i nie dam, choćby Perkunasowi waszemu.

Na tę wzmiankę, lekceważącą Boga, którego dąb i ołtarz stał w pobliżu, ludzie z przestrachem popadali na ziemię; Reda się cofnęła.

Marger urągająco się poglądał; wszystko, co słyszał niegdyś o bałwanach i fałszywych bóstwach, na myśl mu przyszło. Oczy skierował na kloc, który stąd widać było, i plunął.

Matka już nie wiedziała, co począć.

Szczęściem żadnego z kapłanów nie było w pobliżu.

W ciągu tej chwili milczenia, Szwentas, który także na pół już tylko wierzył w Perkunasa, odwykłszy od niego, przysunął się do siedzącego, za rękaw go pociągnął i szeptać począł żywo: