— Kunigasiku, co wam? Zginiecie marnie. Dlaczego? dla głupiej dziewczyny? co wam? co wam?
Odepchnął go Marger groźnym spojrzeniem.
— Precz! — zawołał. — Matki nie słucham, a ty byś mnie miał uczyć, niedźwiedziu głupi!
Parobek zgarbił się, pochylił i wycofał.
Kunigasowa poruszyła się, żywo chodząc po małej przestrzeni, która przed nią wolną była; spojrzała na swoich ludzi. Przez myśl znowu przejść jej musiało — kazać go porwać gwałtem; ale z oczu czytała ludzi swych, że mogą się jej stać nieposłusznymi. Nawykli byli ślepo pełnić jej rozkazy póty, póki pana nie mieli; teraz ten wydawał się im prawowitym wodzem. Niewiasta nie miała praw męża, który był głową i panem.
Reda na zamku rozkazywała może więcej, jako córka Walgutisa, jako zastępczyni jego.
Zwróciła się powolnym krokiem do syna, ostygła już i prawie złamana; głos jej drżał. Złagodniała.
— Marger! dziecko ty moje! — poczęła — nie maszże ty dla matki serca? nie ulitujesz się ty nade mną?
— Litujcie się wy wprzódy — odparł surowo syn.
— Nie w mojej mocy jest ci dać tę dziewkę — dodała. — Ty nie wiesz, co u nas Wejdaloci znaczą. My z nimi walczyć nie możemy, ani ich tknąć; a na czym oni położyli rękę, to już do nich i do Bogów należy.