— Ja nic nie wiem! — zawołał Marger — ani ich, ani waszego obyczaju; ale bez Baniuty stąd się nie ruszę.

Siłą ją weźcie, wyproście, wykupcie, zamieńcie, na wagę złota ją im zapłaćcie; a ja muszę ją mieć. Nie, to i życia nie chcę!!

Mówił tak stanowczo, tak męsko, z taką siłą potężną, iż Reda zamilknąć musiała. Wiedziała już, że go nie pokona.

Stała, wpatrzywszy się w ziemię; z wodza i pani przed chwilą, zmieniła się w słabą i nieszczęśliwą niewiastę.

Marger głowę podniósł i dorzucił:

— Baniuta ognia jeszcze nie pilnowała, ani skałki nań nie rzuciła. Jeszcze ona do nich nie należy.

Reda, posłyszawszy to, spojrzała ku zagrodzie i poczęła iść do niej, nie odpowiadając synowi.

We wrotach widać było gromadę Wejdalotów w bieli, którzy z dala się przypatrywali sporowi temu między matką a synem, nie wiedząc, o co chodziło.

Konis piękny, jakby przeczuwał coś, stał na przedzie.

Widać było, jak Reda szybkim krokiem się zbliżyła ku niemu, mówić doń poczęła i razem z nim znikła w zagrodzie. Chłopiec tymczasem, jak wrosły, pozostał na swym siedzeniu. Pilleńscy ludzie, co wczoraj jeszcze lekce sobie ważyli młokosa, teraz nań z poszanowaniem patrzali. Nie myśleli o tym, o co szło między nim a matką; czuli, że siłę okazał i rozkazywać umiał. Serca mu to jednało u tych, co, słuchać zmuszeni, chcieli przynajmniej móc szanować tego, kto rozkazywał.