Szeptali między sobą, pokazując na niego; on miecz swój opatrywał. Skinął na Rymosa, aby mu wody zaczerpnął, a chłopak domyślny, zamiast niej, miodu mu z beczułki utoczył.
Wtem ze drzwi zagrody wystąpiła Reda, żywo ręką ku sobie syna wołając. Marger się wahał. Czuł się tu może bezpieczniejszym, lecz i obawy okazać nie chciał.
Na ramię więc wziąwszy swój miecz, szedł powoli na zawołanie.
Z dala już matka wołała do niego głosem podniesionym:
— Nie ma jej tu! odesłano ją gdzie indziej.
— Jest! — zagrzmiał Marger, stając — jest, bom ją widział przed słońca wschodem. Kłamią!
Wejdaloci, którzy usłyszeli kłam zadany sobie, krzyk ogromny podnieśli. Wrzawa około zagrody powstała groźna, jakby na zuchwalca się rzucić chcieli.
Posługacze Krewuli chwytali już za włócznie i pałki.
Przestraszony tym staruszek, który nie wiedział o niczym, kazał się prowadzić ku wrotom.
W tej chwili Konisowi zdało się może, iż cały ten zamęt i poróżnienie z Kunigasami dla marnego dziewczęcia był niebezpiecznym. Wychowaniec Krzyżaków mógł nie poszanować świętości i zgorszenia przyczynić. Na ostatek i okup nie był do pogardzenia. Przysunął się do Redy i szeptać coś z nią począł.