Marger stał dumny, oczekując końca. Pozostał tu przed zagrodą sam jeden, bo matka, Krewule, Wejdaloci, wszyscy się wcisnęli na jakiś znak dany do środka zagrody i wrota za nimi zaparto z trzaskiem.
W dolinie wszyscy bliżsi i dalsi, którzy wiedzieli, co się działo, lub domyślali się tylko, czekali końca. Od ognisk widać było bieżącą starą Jargałę, zdyszaną, która oczyma Margera szukała. Powiedziano jej, że ten się o córkę jej upominał.
Spod dębu głuchy szmer tylko słychać było długo. Reda nie powracała.
Wtem na wysokim stosie, z którego się zwykł był do ludu odzywać Krewe lub Krewule, ujrzano z boku powiewające białe ręczniki Wejdalotów. Szli na górę, wiodąc między sobą starego, wszyscy w szatach odświętnych, w wielkich wieńcach na głowach, z laskami w ręku.
Krewule zmęczony pokazał się na wierzchołku stosu, sparł trochę na balasach i dyszał. Lud z całej doliny cisnął się, pędził, jak fala wielka, płynął do stóp dębu i stosu.
Co żyło, śpieszyło posłyszeć słowo, które wyrocznią było, gdy je stąd głoszono.
Stało się milczenie wielkie.
Krewule podniósł głos, lecz długo, długo, posłyszeć go nikt nie mógł, bo starcowi w piersi tchu brakło. Podnosił tylko rękę jednę i obie, laskę do góry dźwigał, w niebo patrzał.
Trafem szczególnym, właśnie gdy się to działo, jedna z tych niespodzianych chmur wiosennych, które się prawie w oczach zbierać umieją, nadciągnęła nad dolinę, zasłoniła słońce i głuchy grzmot daleki rozległ się po lesie.
Niektórzy z ludzi z krzykiem popadali na kolana.