Zamilkli Wejdaloci, stróżki podrzuciły ognia, słup dymu się wzniósł nad drzew wierzchołki i wtem odsłoniło się słońce, pogoda wróciła, jakby cudem.

Konis powtarzał słowa Krewuli, który uwalniał wziętą dziewczynę na usługę Perkunasa, bo już wprzódy innemu ślubowała, a bóg tylko dziewicze serca na służbie swej mieć może.

Marger, słuchając, podniósł ręce obie i czapkę do góry.

Wrota zagrody otwarły się szeroko i Reda ukazała się w nich, za sobą wiodąc jak ofiarę, w bieli już i sukni Wejdalotki, z kosami złotymi, idącą Baniutę. Zamiast dębowego wieńca stróżek, miała ruciany na czole. Szła i uśmiechała się do narzeczonego, który do niej biec chcieć się zdawał.

Stało się z nim coś, czego on sam może nie pojął, aż gdy ostygnął, do matki naprzód pośpieszył i do kolan jej się schylił. Schwyciła go za głowę.

Pierwszy to był uścisk macierzyński, w którym i synowskie serce zabiło. Od tej chwili poczuli się — ona matką, on dziecięciem.

Baniuta, też upadłszy na kolana, kraj szat jej całowała, a tuż stara Jargała na ziemi się położyła, stóp Kunigasowej szukając.

I płakali a radowali się. Wtem Reda poczęła wołać, odzyskawszy władzę:

— Na koń! do Pillen! do Pillen! lada dzień przyciągną Niemcy i zamkną tam nas; idą już może. Do Pillen!

Lud cały powtórzył ten okrzyk, rzucając się do koni.