Wprędce dolina na pół opustoszała, a cały orszak Kunigasowej w porządku dobrym, skupiony, wpośrodek wziąwszy panią, syna jej i narzeczoną, i starą jej matkę, pośpiesznie gnał znanymi drogi do zamku.

Co dzień na zaraniu posyłano ludzi na zwiady i powracających słuchano.

Krzyżacy gotowali się całą siłą na Pilleny — powtarzali wszyscy. W pół drogi dano znać, że ów straszny statek olbrzymi, którym od rzeki oblegać gród miano, stał już prawie gotowy, że go tylko smolono i żywność doń zwożono.

Strach jakiś opanowywał wszystkich, nawet mężną Redę, na słuch o tej budowie, która twierdzą przeciwko twierdzy być miała.

Nie obawiano się tyle nagromadzonych wojsk krzyżackich, co bajecznego statku tego, o którego ogromie prawiono straszne rzeczy. Reda w nim widziała zgubę swą, on jeden był dla niej najgroźniejszy.

Przybywający opisywali wielkie jego rozmiary, grube drzewo, z którego był mocno zbudowany, przygotowane na nim kłody, kobylice, proce do ciskania kamieni i ognia.

Jednego wieczora, gdy znowu nadbiegłe szpiegi prawiły o nim w obozie Redy, Marger się nagle porwał z siedzenia, jakby go myśl jakaś wielka natchnęła.

— Bezpieczni są — zawołał — nie spodziewają się niczego, nam trzeba łódki wziąć, ludu trochę zwołać, smoły i ognia nagotować, spalimy tę potworę.

Szwentas, który słuchał, oświadczył się nocą do przystani doprowadzić.

Lecz nazajutrz okazało się, że statek był już na rzece.